OSZCZĘDZANIE

Porównywanie cen – czy warto?

Tym, którym nie chce się czytać całego wpisu, odpowiadam od razu – WARTO! 😉

Na początek trochę matematyki.

Gdy zaczęłam przygodę z budżetem domowym, bardzo wyraźnie zobaczyłam, że dużo pieniędzy wydajemy na jedzenie (wstrętne żarłoki!). Nie odkryłam Ameryki zauważając, że te kwoty można w jakimś stopniu zmniejszyć. W podsumowaniu po 1,5 miesiąca kontroli wydatków pisałam Wam o tym, że dzięki planowaniu posiłków zaczęliśmy wydawać ok. 30% mniej na jedzenie – całkiem niezły wynik, prawda? Co więcej, w listopadzie, gdy w ogóle nie miałam głowy do gotowania (wiadomo – dziecko i takie tam), a zakupy spożywcze miały charakter spontanicznych zrywów i służyły zaspokajaniu smakowych zachcianek, nasze wydatki znów podskoczyły do góry, co jest kolejnym dowodem na to, że moja wcześniejsza metoda działała. W grudniu ogarnęłam się i w domu znów zaroiło się od karteczek z listami zadań i…listami zakupów tworzonymi po to, by przestać marnotrawić pieniądze na kuszące (acz niepotrzebne) produkty (ooooch te okrutnie pyszne batoniki, które bezczelnie patrzą na mnie z półek, gdy stoję w kolejce do kasy i prowokują mnie do złych uczynków – rozpusty finansowej i zaniechania diety).

Żeby nie być gołosłowną, przygotowałam mały wykres,który obrazuje nasze wydatki na jedzenie – od sierpnia 2014 do stycznia 2015:

wydatki na jedzenie

Zanim zaczęłam planować wydatki i posiłki, na jedzenie wydawaliśmy około 1000 zł miesięcznie. Dużo za dużo, aż wstyd mi to pisać. Na wstępie (sierpień) udało nam się zmniejszyć wydatki o jakieś 200-250 zł. Haniebny listopad jest bardzo widoczny na wykresie – nie dziwię się, że moja waga nie spadała, skoro ta linia tak wzrosła 😉 Popatrzcie, co się stało w styczniu – prawdziwy sukces, triumf i fanfary! 609,26 zł!!!! I wiecie co? Nie głodowaliśmy, jedliśmy 5 posiłków dziennie, dość zdrowych i całkiem smacznych 😉

Nadal uczę się sztuki planowania posiłków, ale z miesiąca na miesiąc jest coraz lepiej – niebawem napiszę Wam szczegółowo, jak to teraz u mnie wygląda.

Ok, to tyle tytułem wstępu, a teraz konkrety.

Oprócz zapisywania CO kupuję, przez pierwsze miesiące zapisywałam też szczegółowo GDZIE robiłam zakupy. Na tej podstawie doszłam do wniosku, że najmniejsze kwoty wydaję w Biedronce, a na drugim miejscu w Kauflandzie – była to dość użyteczna informacja. Ograniczyliśmy się do robienia zakupów w tych dwóch sklepach i już.

Jakiś czas później trafiłam na słynny już artykuł Michała Szafrańskiego na temat deserku Monte – znacie? 🙂 Jeśli nie to koniecznie nadróbcie zaległości (tutaj)!

W skrócie – Michał porównał ceny tego produktu w różnych sklepach i wynik był szokujący! Najniższa cena wyniosła 4,26 zł, a najwyższa…7,30 zł!!! Szczęka mi opadła, gdy to przeczytałam, dosłownie mnie zamurowało! Po chwili przyszła jednak refleksja – ile razy ja przepłacam?

Mój Mąż śmieje się, że nasze tygodniowe listy zakupów są zazwyczaj takie same – hmmmm coś w tym jest… Ale skoro co chwilę kupujemy to samo, to gdzie powinniśmy to kupować, żeby wyszło NAJTANIEJ, a nie tylko TANIEJ?

Spojrzałam na nasze paragony – faktycznie była różnica! Np. makaron pełnoziarnisty – w Biedronce kosztuje 2,95 zł za 500 g (wyprodukowany dla Biedronki przez Lubella). W opolskim Kauflandzie wycofano wszystkie pełnoziarniste makarony Lubelli, więc kupiliśmy najtańszą (!) alternatywę – kosztowała 6,99 zł… Ok – może i jest w jakimś aspekcie lepszy, ale nie jestem aż tak wielką koneserką makaronów, by zauważyć różnicę 😉 Oczywiście to tylko pierwszy przykład z brzegu – nie zawsze porównanie wychodzi na korzyść Biedronki, a gdybym zapuściła się w inne rejony miasta to być może okazałoby się, że np. w Aldi jest jeszcze taniej. Chciałam Wam tylko pokazać, że te różnice rzeczywiście istnieją!

Dało mi to wszystko trochę do myślenia – czy nie byłoby dobrze poznać najkorzystniejsze ceny ulubionych produktów i np. dzięki temu wiedzieć, kiedy coś jest rzeczywiście w promocji, a kiedy przecena jest tylko sprytnym zabiegiem marketingowym? Mój Mąż specjalizuje się np. w pieluszkowych promocjach – wylicza, jaki jest koszt jednej sztuki i mówi “W sklepie X koszt wynosi 53 gr za sztukę, a w sklepie Y robią “promocję” z 58 gr za sztukę!” – bardzo podoba mi się takie myślenie i chcę je zastosować także podczas zakupów spożywczych.

Na początek zrobiłam sobie listę niezbędnych produktów spożywczych – czyli tego, co mamy zazwyczaj w lodówce i mojej “spiżarni”. Nie ma sensu porównywać cen produktów, które kupujemy bardzo rzadko – tzn. jeśli ktoś bardzo ma na to ochotę, to proszę bardzo 😉 Ja nie mam na to czasu, więc skupiam się na tych najważniejszych 🙂 Będę zapisywać, jakie są ich ceny w poszczególnych sklepach (najlepiej prowadzić obserwacje przez kilka miesięcy, choć mam nadzieję, ze odpowiednie wnioski nasuną się wcześniej). Jeśli z moich zapisków wyniknie, że np. fasola czerwona w puszce jest najtańsza w sklepie X i kosztuje tam 1,99 zł, to będę ją tam kupować, ALE jeśli zobaczę w gazetce reklamowej, że w sklepie Y jest promocja i kosztuje tam 1,49 zł, to kupię od razu kilka puszek, skoro i tak kupuję je co tydzień.

W jaki sposób zapisywać ceny?

Zakładając, że będziemy zapisywać informacje przez dłuższy czas, warto poświęcić kilka kartek więcej i zrobić osobną stronę na każdy produkt. Poniżej znajdziecie przykładową tabelkę (jeśli chcecie ją pobrać i wydrukować, kliknijcie w nazwę – dokument w Wordzie, byście mogli dowolnie ją edytować):

PORÓWNANIE CEN

PORÓWNANIE CEN

Co o tym myślicie? Spróbujecie? 🙂

PS. Jeśli nie chcecie tracić czasu na robienie tabelek, to zerknijcie na stronę Dla Handlu – znajdziecie tam aktualne koszyki cenowe. Niestety, nie dla wszystkich miast, ale i tak można wyciągnąć jakieś wnioski 🙂

Print Friendly, PDF & Email