Browsing Category: RECENZJE

Ogarnij się i zacznij żyć!

Wiem, że dążycie do perfekcji. Ja też. Ciągle o tym dyskutujemy. W komentarzach aż roi się od porad, co zrobić, żeby dobre zmieniło się w lepsze. Dyskutujemy o tym, jak osiągnąć ideał, ten efekt „wow”, który widzimy codziennie w mediach. Tworzymy więc plan działania, rozpisujemy na punkty oraz podpunkty, ustalamy priorytety, przewidujemy ewentualne przeszkody, działamy! Dążymy do perfekcji w domu, w życiu zawodowym, w naszym związku. Perfekcyjne mają być nasze sylwetki, włosy, paznokcie, no i ubrania. I dzieci! Nie zapominajmy o dzieciach! Dobrze wykształcone, porządnie odziane, czytające trendy książki, w swoich stylowych pastelowych pokoikach. A jeszcze obok toczy się życie! Codziennie dochodzą nowe wyzwania, nowe zadania, nowe problemy…Można się (delikatnie rzecz ujmując) sfrustrować. I właśnie w takim momencie frustracji spowodowanej dość ekscytującą, ale też trochę przytłaczającą ilością nadchodzących w moim życiu zmian, dostałam propozycję zrecenzowania książki „Ogarnij się i zacznij żyć”, której autorką jest Lucia Taborada. Chyba nie mogła pojawić się w moim życiu w lepszym czasie!

Ogrnij się_grafika promocyjna

Muszę przyznać, że jest to pierwsza książka z kategorii „rozwój osobisty”, z którą miałam do czynienia. Już na pierwszy rzut oka widziałam jednak, że nie będzie to typowa motywacyjna lektura, zawierająca zbiór prawd oczywistych rozwleczonych na 150 stron. Patrząc na ilustracje Raquel Corcoles od razu można się domyślić, że będzie jasno, konkretnie i z poczuciem humoru. Tego mi było trzeba! „Ogarnij się i zacznij żyć” to lektura skierowana do osób, którą chcą przestać porównywać się z innymi i trochę wyluzować w dążeniu do założonych przez siebie (lub wmówionych nam!) ideałów. Mówiąc krótko – zacząć normalnie żyć!

Książka podzielona jest na dwie części. Pierwsza z nich zawiera opis 5 najpopularniejszych powodów do zmartwień. „Niestety” nie ma tam ani słowa o porządku w domu, hi hi. Jest za to miłość, wygląd, zdrowie, praca i przyszłość (moja największa bolączka). Druga część zawiera bardzo szczegółowy plan działania rozpisany na 21 dni. Nie musicie się jednak obawiać – w niczym nie przypomina on naszych perfekcyjnych planów dnia, w których obowiązek goni obowiązek! Tutaj mamy same przyjemności – medytację, spacer, spotkanie z koleżanką, proste rozwojowe zadania…Wszystko bardzo szczegółowo opisane, wraz z uwagami ekspertów, którzy towarzyszą nam w drodze do ogarnięcia się. Są nimi neurobiolog, psycholożka, trener osobisty i…diablica, czyli ten wewnętrzny głosik, który ciągle nas dołuje, krytykuje i ogólnie każdą sytuację widzi w czarnych kolorach. Co prawda plan jest rozpisany na 3 tygodnie, ale raczej nic się nie stanie, jeśli przyspieszycie trochę swoją „terapię” – tym bardziej, że większość zagadnień jest przedstawiona w formie rysunkowej, więc wiedzę pochłania się w tempie błyskawicznym (i z dużą przyjemnością).

Czy dzięki tej książce przestałam się zamartwiać? „Ogarnij się i zacznij żyć” ma nam pomóc w wyrobieniu pozytywnych nawyków. Pokazać, że istnieje inny punkt widzenia. Uświadomić, że możemy (i powinniśmy!) podchodzić pozytywnie do życia. Wnioski dość istotne, szczególnie zważywszy na zbliżające się Święta. Wiem, że zaglądacie na moją stronę dlatego, że poszukujecie złotych rad, sprawdzonych sposobów na idealny dom i życie. Już jakiś czas temu postanowiłam spróbować przestać się tym wszystkim aż tak przejmować, a ta lektura uświadomiła mi, że zmierzam w dobrym kierunku. Zorganizowana nie oznacza perfekcyjna i im więcej osób dojdzie do takiego wniosku, tym lepiej! Polecam!

.

Korzystając z okazji chciałabym Wam życzyć radosnych i rodzinnych Świąt Wielkanocnych, bez presji i bez stresów. Jeśli macie ambitny plan podania 10 potraw, zredukujcie ich liczbę o połowę, a wolny czas poświęćcie na spacer. Nie panikujcie, że jeszcze trzeba umyć okna, wypastować podłogi i wymieść kurze spod szaf – bez tego Święta też będą udane!

 Ja, natchniona lekturą, robię sobie krótką blogową przerwę i wracam do Was 1 kwietnia (nie jest to Prima Aprilis) 🙂

Ariete Duetto 6437 – test żelazka systemowego

Gdybym miała wymienić dwie czynności domowo-porządkowe, których nie lubię robić, to byłoby to zmywanie i prasowanie. Ze zmorą zmywania poradziłam sobie kupując zmywarkę. Z prasowaniem sytuacja jest bardziej skomplikowana. Otóż kiedyś, w bardzo odległych czasach, sprawiało mi nawet odrobinę przyjemności! Włączałam sobie jakiś film i bezmyślnie prasowałam. Moje podejście zmieniło się po narodzinach Córki. Na początku rozpływałam się z zachwytu nad tymi małymi spodenkami, które MOGĘ prasować, dumna matka, strażniczka domowego ogniska! A potem dziecko stało się mobilne, a prasowanie stało się wyścigiem z czasem – czy zdążę wyprasować te dwie bluzeczki, zanim doczołga się do deski do prasowania? Wymyśliłam więc prasowanie nocną porą. Następnie dziecko zaczęło naukę samodzielnego jedzenia i do perfekcji opanowało sztukę brudzenia WSZYSTKIEGO, co znajdowało się wokół niego. W dzień pranie, w nocy prasowanie, i tak w kółko. Gdy dostałam więc propozycję przetestowania żelazka systemowego, od razu się zgodziłam – miałam nadzieję, że oto pojawiło się moje wybawienie. Na szczęście miałam rację!

Ale po kolei – o co właściwie chodzi z tym żelazkiem?

Ariete Duetto 6437 to urządzenie 2 w 1 – możemy używać go jako standardowego żelazka, ale jeśli potrzebujemy czegoś do zadań specjalnych, wtedy wystarczy podpiąć w odpowiednim miejscu kable i w mig zyskujemy żelazko z generatorem pary.

Wiecie, ja nie jestem zbyt dobra w technologicznych nowinkach, więc wszystkie parametry, o których czytałam, były dla mnie czarną magią, ale wystarczyło, że porównałam je do parametrów mojego obecnego żelazka, żebym przekonała się, że mam do czynienia z bardzo dobrym sprzętem! Pozwólcie, że Wam to krótko nakreślę:

  • moc Ariete Duetto 2400W (w opcji połączonej), moc mojego żelazka 2000W
  • wyrzut pary Ariete Duetto 330g/min (!), w moim 90g/min
  • pojemność Ariete Duetto 1 litr wody, u mnie 0,27 l

Miałam obawy, czy obsługa nie będzie zbyt skomplikowana lub uciążliwa, ale jest banalnie prosta! Żelazko ma stopy antypoślizgowe, więc stoi stabilnie. Waży w sumie ok. 6 kg, ale podczas prasowania podnosimy tylko jedną jego część, więc nawet słabeusze sobie z nim poradzą 😉

Bardzo spodobała mi się dołączona do żelazka „konewka” do napełniania urządzenia wodą – Mój Mąż zawsze się ze mnie śmieje, że zwracam uwagę na (jego zdaniem) pierdoły, ale moim zdaniem to detale świadczą o całości. No więc ta konewka ma wąską i giętką końcówkę, dzięki której nic się nie rozlewa naokoło. Niby nic, ale jeśli Wasza ręka drży przy każdym zadaniu wymagającym choć odrobiny precyzji, to docenicie ten miły gest ze strony producenta 🙂

Testowałam żelazko podczas prasowania chyba każdej rzeczy w moim domu – od zwykłych ubrań, przez te bardziej wymagające, aż po firanki, pościel i ściereczki. Wieczorne prasowanie zajmowało mi zazwyczaj około 1,5 godziny, a przy Ariete Duetto trwa połowę mniej! Wystarczy przejechać żelazkiem raz, a nie 10, by osiągnąć pożądany efekt.

Zalety:

  • łatwość i szybkość przełączania trybu pracy żelazka (oraz sam fakt, że są to dwa urządzenia w jednym!)
  • ciśnienie pary 6 bar (umożliwia prasowanie kilku warstw na raz, przydatne szczególnie w przypadku prasowania pościeli)
  • możliwość prasowania w pionie (bardzo przydatna funkcja, szczególnie w przypadku kilku moich delikatnych bluzek)
  • system anti-calc
  • solidnie wykonana stopa ceramiczna
  • długi przewód (3,2m), czyli o ponad metr dłuższy od mojego żelazka.

Wady:

  • cena (choć kupno osobno żelazka standardowego i systemowego wyjdzie drożej)
  • aby woda się zagotowała i żelazko z generatorem pary było gotowe do użycia należy odczekać ok. 3 minuty
  • wymiary (35 x 22 x 25 cm) – nie jest to kolos, każde żelazko systemowe ma mniej więcej takie wymiary, ale jeśli do tej pory używaliśmy zwykłego żelazka, to ewidentnie trzeba zrobić porządek w schowku, żeby wszystko się pomieściło.

Podsumowując – jestem na tak! Moim zdaniem jest to idealne rozwiązanie dla osób, które dużo prasują – wysoką cenę rekompensuje oszczędność czasu i efektywność, jaką zyskujemy używając Ariete Duetto.

Aktualnie żelazko można nabyć w promocyjnej cenie – kosztuje 1099 zł, a dodatkowo w prezencie otrzymujecie żelazko turystyczne! Ariete Duetto możecie wypróbować przez 14 dni – jeśli w tym czasie uznacie, że produkt nie spełnia Waszych oczekiwań, dostaniecie zwrot pieniędzy.

336x280 A

Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii na temat żelazek z generatorem pary!

Znacie? Używacie? Polecacie?

Akcja BŁYSK

Czy w zorganizowanym domu może być…brudno? No cóż, trochę nie wypada, prawda?  Nie da się jednak ukryć, że po długiej wakacyjnej nieobecności moje mieszkanie jest troszkę niedopieszczone…Właściwie to ten stan trwa znacznie dłużej, ale wstyd się przyznać! DOMOWY DETOX dał mi jednak tak dużego energetycznego kopa, że zaczęłam porządkować WSZYSTKO – o wiele więcej, niż bonusy, które możecie znaleźć w moich wpisach! Przeglądam każdą szafkę, każdą szufladę, każdy zakamarek i pozbywam się całych stosów niepotrzebnych rzeczy. A skoro już oczyszczam przestrzeń, to postanowiłam ją także wyczyścić. Choć od jakiegoś czasu jestem dużą zwolenniczką używania naturalnych środków do czyszczenia, to w niektórych sytuacjach trzeba sięgnąć po bardziej profesjonalne środki. Akcja Błysk, która trwa w Lidlu od poniedziałku, pojawiła się więc w idealnym dla mnie momencie! Na moim profilu na Instagramie i Facebooku kilka osób podzieliło się już ze mną swoimi ulubionymi produktami dostępnymi w ramach tej akcji, a dziś ja pokażę Wam moich faworytów. Ostrzegam! Będzie to wpis dla osób o mocnych nerwach – zaproszę Was do najbardziej ble i fe zakątków mojego mieszkania!

Akcja Błysk 2015 LIDL | ZORGANIZOWANA

Nie będę Wam pokazywać, w jaki sposób czyściłam lustra, które zostały intensywnie wycałowane przez Moją Córkę, bo to byłaby nuda! Pokażę Wam za to, jak szybko i bez wysiłku wyczyściłam kilka problematycznych obszarów, które od dawna się tego domagały.

Na pierwszy ogień poszła kanapa, obita tzw. „brzoskwinką”, którą ponoć można z łatwością wyczyścić samą wodą z odrobiną płynu do mycia naczyń. Hmmm…moja to chyba bardzo zbuntowana odmiana brzoskwini (czyżby genetycznie modyfikowana?), bo czyszczenie plam spowodowało tylko większe plamy! Wyglądało to na tyle nieciekawie, że większość jej powierzchni przykrywałam kocami i „przypadkowo” ulokowanymi poduszkami (że niby taka ze mnie artystyczna dusza). Gotowi na pierwszą drastyczną scenę? Oto ona!

Do czyszczenia użyłam PIANKI DO CZYSZCZENIA DYWANÓW I OBIĆ (4,99 zł / 600 ml). Piankę należy wetrzeć ściereczką w czyszczoną powierzchnię i zostawić do wyschnięcia.

Oto efekt:

Nieźle, prawda? Na dodatek bardzo ładnie pachnie! Spodziewałam się ostrego zapachu, a tu taka miła niespodzianka!

Ok, lecimy dalej!

PIANKA DO CZYSZCZENIA PIEKARNIKA (5,99 zł / 400 ml). Wchodzimy na bardzo niebezpieczny teren – mój piekarnik ostatni raz był porządnie czyszczony 1,5 roku temu. Uffff w końcu to wyznałam! TAK, 18 miesięcy temu! Od tamtej pory był używany dość regularnie, więc blacha wygląda po prostu tragicznie (szczególnie, gdy robi się na niej grzanki, z których kapie pyszny ser mmmm…!). Postanowiłam wypróbować działanie pianki właśnie na niej, żeby móc łatwiej zobrazować Wam efekty – w piekarniku jest tak ciemno, że ciężko dostrzec cokolwiek… Tak wyglądała blacha przed użyciem pianki (uwaga, głęboki wdech…):

I wydech!

Wiem, że niektóre uszkodzenia są już nie do naprawienia – ta blacha już nigdy nie będzie lśnić, bo jej powierzchnia jest już dość zużyta (czy możemy to podciągnąć pod shabby chic?), ale może być bardziej czysta i…jest! Nie chcecie wiedzieć, jak wyglądała piana po godzinie leżakowania na tej brudnej powierzchni…A może chcecie? A macie! Tak wygląda prawdziwe życie! 😉

Nie będę Was już więcej torturować – popatrzcie na efekty leżakowania w pianie przez około godzinę:

Nie wiem, czy zdjęcie dobrze oddaje różnicę, więc musicie uwierzyć mi na słowo – jest dużo lepiej! Producent zaleca, aby w przypadku przypalonych powierzchni czynność powtórzyć i wydłużyć czas trzymania piany – tak też planuję zrobić w najbliższym czasie.

Mała uwaga – tym razem zapach jest dość intensywny, więc polecam używanie pianki przy otwartych oknach i najlepiej wtedy, gdy dzieci są poza domem.

Kolejny fajny produkt to NAWILŻONE ŚCIERECZKI DO CZYSZCZENIA PODŁÓG (4,99 zł / 1 opak / 16 szt). Użyłam tych o zapachu pomarańczy. Ostatnio moja rzeczywistość to odkurzanie i mycie podłóg minimum dwa razy dziennie – Nina jest na etapie chodzenia przy meblach i zrzucania na ziemię wszystkiego, co jej wpadnie w ręce. Lubuje się także w kruszeniu i rozlewaniu (wszak jedzenie smakuje lepiej z podłogi, wiadomo). Wzdycham więc wymownie sto razy dziennie (bez efektu) i człapię do szafy w przedpokoju, w której trzymam część sprzętu sprzątającego. Te ściereczki trochę ułatwiły mi życie – szybko radzą sobie z umyciem tego, czego nie chce zmyć zwykły papierowy ręcznik.

Najpierw próbowałam nałożyć je na mopa (tak, jak na zdjęciu na opakowaniu) i w ten sposób ich używałam, ale teraz zastanawiam się, dlaczego po prostu nie padłam na kolana i nie wzięłam ściereczki w swoje ręce? 😉 Jak zatem widać, można tego produktu użyć na dwa sposoby. Ogólnie jestem fanką ściereczek nasączonych odpowiednim płynem do pielęgnacji (pisałam Wam o tym w hitach czerwca), więc ten produkt bardzo mi odpowiada!

Pokażę Wam jeszcze mega fajną ściereczkę, a właściwie RĘKAWICĘ DO CZYSZCZENIA Z MIKROFAZY (4,99 zł / 2 szt) – bardzo fajna sprawa dla osób, które nie lubią (lub zapominają) używać rękawiczek ochronnych. Ta rękawica jest dwustronna – ma szorstką stronę (do trudnych zabrudzeń) i miękką do polerowania. Cool 🙂

Czeka na mnie jeszcze cały stos rzeczy do wypróbowania i coraz dłuższa lista zakupów, którą tworzę na podstawie Waszych komentarzy – jeśli są jeszcze jakieś produkty z nowej oferty Lidla, które chcecie polecić, to czekam na Wasze opinie! 🙂

.

Wpis powstał we współpracy z Lidl Polska.