Browsing Category: RECENZJE

„Gotuję, nie marnuję. Kuchnia zero waste po polsku” – recenzja

Do śmietników na całym świecie trafia 1,3 miliarda ton żywności rocznie. Marnujemy co drugie jabłko i co trzecią wyłowioną z jeziora albo morza rybę. Tyle jedzenia wystarczyłoby do nakarmienia 3 miliardów ludzi.

Dane statystyczne, które pojawiają się już we wstępie książki „Gotuję, nie marnuję. Kuchnia zero waste po polsku” autorstwa Sylwii Majcher, robią wrażenie. Myślę, że każdemu z nas od czasu do czasu przychodzi na myśl, że być może wyrzucamy odrobinę za dużo jedzenia i w głębi duszy obiecujemy  sobie poprawę, ale dopiero gdy zobaczymy, jak ten problem wygląda w skali naszego kraju, kontynentu lub świata, wówczas dociera do nas w pełni, że pora skończyć z obietnicami, czas przejść do działania.

Przestaliśmy szanować jedzenie” pisze autorka i trudno się z tymi słowami nie zgodzić. Ja sama, choć staram się planować posiłki, a na swoim blogu promuję  robienie przemyślanych zakupów, mam na swoim koncie spektakularne (i regularne) wpadki związane z pleśniejącym pieczywem, gnijącymi ziemniakami i zepsutym serem ukrytym w rogu lodówki. Lektura tej książki była więc dla mnie niezwykle inspirująca i motywująca, bo zrozumiałam, że na nic zda się znajomość teorii, jeśli nie będziemy jej stosować w praktyce i to w 100%, a nie wybiórczo.

Książka „Gotuję, nie marnuję” jest podzielona na dwie części. W pierwszej autorka wymienia 5 zasad niemarnowania żywności i po kolei opisuje każdą z nich. Jest mowa o planowaniu, ograniczaniu, przechowywaniu, przetwarzaniu oraz wykorzystywaniu resztek. Są porady dotyczące robienia idealnej listy zakupów, mrożenia, pasteryzacji, interpretowania terminów ważności produktów…Jest tu wszystko, co musicie wiedzieć w teorii. Jest również przykład tygodniowego menu, w którym nic się nie marnuje!

Druga część zawiera konkretne przepisy kulinarne, w których wykorzystywane są resztki. Przepisy są pogrupowane według najczęściej marnowanych składników, co jest rewelacyjnym rozwiązaniem! Mnie najbardziej zainteresowała część dotycząca pieczywa oraz owoców. Przepisy są proste, nie wymagają użycia skomplikowanych sprzętów kuchennych, więc nie ma wymówek! Najbardziej podoba mi się to, że autorka podała sposoby na wykorzystanie tego, co zazwyczaj ląduje w śmietniku. Jest więc przepis na bulion warzywny z obierek, chipsy z obierek ziemniaków albo sałatkę z resztkami wędlin (które są w czołówce najczęściej wyrzucanych produktów spożywczych). Kreatywność przede wszystkim!

Co zrobiłam po lekturze książki „Gotuję, nie marnuję”? Przede wszystkim przejrzałam wszystkie moje kuchenne zapasy, żeby upewnić się, czy nadają się jeszcze do spożycia. Następnie wybrałam te produkty, które są przeze mnie permanentnie pomijane podczas przygotowywania posiłków (bo nie mam na nie pomysłu) i znalazłam kilka przepisów na dania, w których możemy je wykorzystać. Postanowiłam też stworzyć sobie małą ściągę z rozpiską, jak wykorzystywać resztki z naszych ulubionych dań. Wracam też do skrupulatnego planowania posiłków, przygotowywania wielu składników wcześniej (np. mrożenia paczuszek z owocami na smoothies, które często psuły się, zanim zdążyliśmy je wykorzystać) i robienia zakupów z dokładną listą, bez odstępstw i kaprysów! A nie mówiłam, że poczułam się zainspirowana? 🙂 Będzie bez resztek, bez zbędnych wydatków, a przy okazji zdrowiej!

Kochani, jeśli zaczynacie przygodę z planowaniem posiłków (lub brakuje Wam do tego motywacji), jeśli chcecie zaoszczędzić na jedzeniu, jeśli nie jest Wam obojętne to, jak wiele jedzenia się marnuje i jeśli lubicie odkrywać nowe przepisy kulinarne, to książka Sylwii Majcher jest dla Was! Jak pisze autorka „ograniczenie marnowania żywności to już nie fanaberia, tylko konieczność”. Pamiętajmy o tym dokonując naszych codziennych wyborów – zero waste to styl życia możliwy do osiągnięcia dla każdego, wystarczy tylko chcieć! 🙂

Test produktów Prouvé

Czasy, gdy wszystkie produkty do sprzątania pachniały cytrusami, lasem lub morską bryzą, powoli odchodzą w niepamięć. Coraz więcej firm zaczyna rozumieć, że sprzątanie nie musi być wyłącznie skuteczne, może też być po prostu przyjemne. W dzisiejszym wpisie chciałabym przedstawić Wam wyniki testu produktów marki Prouvé, która jest nowością na naszym rynku, a w swojej ofercie oprócz perfum dla kobiet i mężczyzn, ma także produkty do domu – i na nich się oczywiście skupię w tym wpisie. Na stronie internetowej firmy znalazłam taką informację:

„Poznając nasze produkty uśmiechniesz się co najmniej trzy razy. Pierwszy raz, jak poczujesz piękny zapach. Drugi raz, gdy sprawdzisz ich działanie, a trzeci, gdy zobaczysz ich cenę.”

Brzmi intrygująco, prawda? 🙂 Zaczynamy!

PIERWSZE WRAŻENIE

Do przetestowania miałam kilka produktów z różnych kategorii i pierwszą rzeczą, którą zauważyłam po otworzeniu paczki był…zapach. Generalnie kartony nie pachną, wręcz przeciwnie, a tutaj, choć produkty były szczelnie zamknięte, paczka po prostu ładnie pachniała.

Produkty są bardzo dopracowane wizualnie, białe, minimalistyczne, po prostu och i ach. Na odwrocie znajdują się między innymi szczegółowe informacje dotyczące przeznaczenia danego środka, sposobu jego użycia, a także pięknie rozrysowane nuty zapachowe.

Większość produktów znajduje się w butlach, do których można domówić końcówki (spryskiwacz lub flip-top).

TEST PRODUKTÓW

Zawsze przy okazji testowania produktów do sprzątania czuję się zobowiązana podkreślić, że ponieważ sprzątam regularnie, to nie mam w domu na tyle dużego brudu, by móc obiektywnie określić, jaka jest pełna skuteczność danego środka. O ile jestem w stanie przez tydzień nie myć kabiny prysznicowej, by zgromadził się na niej jakiś osad z mydła, to w tak krótkim okresie czasu raczej nie wyhoduję grubej warstwy pleśni, kurzu czy rdzy. Mimo to mam nadzieję, że moje spostrzeżenia będą dla Was przydatne!

  • ŚRODKI DO PRANIA

Przetestowałam dwa – żel do prania tkanin ciemnych i czarnych (23 zł/1000 ml) oraz perfumowaną odżywkę do tkanin (23 zł/1000 ml). Żel do ciemnych tkanin ciężko mi ocenić – moja czerń nadal jest czarna, choć może faktycznie bez jakiegoś delikatnego nalotu. Zapach ciężko mi określić, w moim odczuciu nie jest zbyt intensywny. O ile ten żel nie zrobił na mnie większego wrażenia, to już perfumowaną odżywką jestem zachwycona! Pachnie obłędnie (wanilia, gruszka, czekolada!), zapach utrzymuje się długo, a pranie jest bardzo miękkie i przyjemne w dotyku. Uwielbiam i bardzo polecam!

  • KUCHNIA

Pierwszym produktem, który przetestowałam z tej kategorii, jest odtłuszczacz (16,00 zł/500 ml). Tutaj znowu mam problem z zapachem, bo jakoś go za bardzo nie czułam podczas używania. Tzn. jest, owszem, ale nie jest mocny (taki bardziej owocowy). Choć właściwie w kuchni to może i plus. Środek jest skuteczny, myłam nim kuchenkę i okap, zadziałał bez zarzutu. Kolejny produkt, to mój mały hit – pianka neutralizująca przykre zapachy (16,00 zł/250 ml). Jest to faktycznie pianka, na dodatek dość gęsta i różniąca się od zwykłych mydeł w płynie. Skóra jest po niej czysta, pachnąca (kwiatowe nuty) i absolutnie nie jest przesuszona. Skutecznie usuwa przykre zapachy (testowałam na czosnku i rybie). Naprawdę świetny produkt!

  • ŁAZIENKA

W łazience przetestowałam spray do mycia kabin prysznicowych (13,00 zł/500 ml). Ma dość mocny malinowy zapach, co powinno spodobać się fanom owocowych nut. Według producenta wystarczy spryskać nim kabinę, odczekać chwilę i spłukać, ale ja jakoś zawsze odczuwam potrzebę szorowania, co też uczyniłam i tym razem. W efekcie kabina była czysta, błyszcząca i pachnąca, choć zapach nie utrzymał się jakoś bardzo długo.

  • PRODUKTY UNIWERSALNE

Uniwersalne, bo do zastosowania w różnych pomieszczeniach, wedle potrzeb. Z tej kategorii sprawdziłam dwa produkty: aksamitne mleczko do czyszczenia (14,00 zł/500 ml) oraz żel do usuwania kamienia i rdzy (13,00 zł/500 ml). Ten pierwszy zachwycił mnie zapachem, który nie dość, że jest piękny (podejrzewam, że to drzewo sandałowe tak mnie urzekło), to jeszcze długo się utrzymuje. Konsystencja mleczka faktycznie jest aksamitna, więc nie ma obaw o porysowanie powierzchni. Ładnie czyści, nie pozostawia białego osadu (wręcz przeciwnie, nadaje połysk). To mój kolejny hit z oferty Prouvé! Z kolei żel do usuwania kamienia i rdzy jest po prostu…skuteczny. Miałam za mało rdzy, by sprawdzić go w ciężkim warunkach, ale przy moim kranie spisał się znakomicie.

  • INNE

W moje ręce wpadł również świetny zestaw worków podróżnych (strasznie żałuję, że nie miałam ich przy sobie, gdy jechałam do Pragi!). Są śliczne, idealnie wpisują się w moją estetykę, ale oczywiście poza tym podoba mi się ich ogólne przeznaczenie – służą do segregowania bielizny podczas wyjazdów. Prawda, że miła alternatywa dla zwykłej reklamówki foliowej? 🙂 Kosztują 25 zł za 2 sztuki i są całkiem spore (musiałam je poskładać do zdjęć, by zmieściły się w kadrze!).

PODSUMOWANIE

Produkty Prouvé polecam każdej osobie, która ceni sobie w domu piękne zapachy – są naprawdę wyjątkowe! Oczywiście wszystko zależy od indywidualnych preferencji (ja na przykład nie lubię owocowych zapachów), ale jestem pewna, że każdy znajdzie coś dla siebie. Produkty są skuteczne i używa się ich przyjemnie, czyli główny cel zrealizowany. Wiem, że kwestia ekologii i bezpieczeństwa stosowanych środków jest dla Was bardzo ważna, dlatego pozwolę sobie znów zacytować, co producent mówi na ten temat:

„Czy Prouvé dba o środowisko? Na każdym z naszych opakowań znajdziesz znaczek „Yes, we care”, ponieważ odpowiedź brzmi: tak, dbamy. Tak, zależy nam. Dbamy o środowisko, ale nie udajemy, że mamy w 100% naturalne środki. Wykorzystujemy najnowsze nowinki techniczne i odkrycia w dziedzinie chemii, by Twoje życie było łatwiejsze. Ograniczamy do minimum alergeny, parabeny, SLS-y i wybielacze. Nasze formuły są biodegradowalne, a opakowania nadają się w całości do recyklingu. Produkty testujemy wyłącznie na sobie, nigdy nie na zwierzętach.”

Po więcej szczegółów i w celu zapoznania się z całą ofertą marki, zapraszam na stronę internetową Prouvé!

 

Test produktów Perfect House

Jestem przekonana, że już je gdzieś wcześniej widzieliście. Nietypowe butelki, obietnica przyjemnego sprzątania i boskich zapachów…Kojarzycie? Już od jakiegoś roku trafiam co chwilę na recenzje produktów z serii Perfect House i wszystkie są pozytywne, więc gdy pojawiła się możliwość ich przetestowania, to po prostu nie mogłam odmówić! Nie będę opisywać szczegółowo przeznaczenia każdego produktu – po kliknięciu w nazwę zostaniecie przeniesieni (wirtualnie, oczywiście) na stronę producenta, gdzie wszystko jest pięknie wypunktowane.

Tym razem może daruję sobie stopniowe budowanie napięcia i wyrażę swoją opinię już na początku – jestem z tych produktów zadowolona, bardzo zadowolona. ALE…weźcie pod uwagę fakt, że żaden produkt nie posprząta za Was, więc przy ich użytkowaniu trzeba włożyć w sprzątanie tyle samo wysiłku, co przy konkurencyjnych produktach, samo się nie zrobi (jak mawia Ewa Chodakowska). Różnica między Perfect House, a innymi produktami dostępnymi na rynku tkwi moim zdaniem już w samej nazwie. To nie są środki do czyszczenia, to są kosmetyki do wnętrz. Sprzątamy niby normalnie, ale o wiele przyjemniej. Nigdy nie zwracałam szczególnej uwagi na to, jak pachną moje środki do czyszczenia. Nie uświadamiałam sobie, że ich drażniący zapach to kolejny powód, dla którego większość z nas nie lubi sprzątać. A jednak! Uwierzcie mi, różnica jest ogromna. Nie bez powodu wszystkie osoby, które testują Perfect House tak bardzo zachwycają się ich zapachem. Jest tak przyjemny, że aż mi było dziwnie – jakbym myła zlew perfumami! 😉

Przejdźmy do meritum, czyli produktów, które przetestowałam:

  • Płyn do mycia łazienki BATHROOM – to od niego zaczęłam testowanie i z miejsca oczarował mnie jego zapach, który trochę przypomina mi męsskie perfumy. Ciężko mi natomiast wypowiedzieć się na temat siły działania płynu – sprzątam regularnie, więc nie mam grubych warstw mydlin do usunięcia, ale z takim typowym 1-2 dniowym osadem poradził sobie błyskawicznie. Zauważyłam też, że armatura łazienkowa bardzo się błyszczała po użyciu tego płynu, chyba może bardziej, niż zazwyczaj. Według mojego nosa zapach utrzymał się jakieś 2-3 godziny (przy otwartych na oścież drzwiach).
  • Profesjonalny płyn do mycia powierzchni szklanych GLASS – wypróbowałam go na razie na wszystkich lustrach w naszym domu. Według producenta gwarantuje krystaliczny blask – ciężko mi to ocenić po pierwszym razie, chyba wcześniej nie przypatrywałam się tak dokładnie swoim lustrom i teraz nie mam porównania…Ale zdecydowanie mogę stwierdzić, że myło się szybko i bez smug. Czekam na trochę lepszą pogodę, żeby przetestować ten płyn podczas mycia okien! Co do zapachu – mam wrażenie, że jest dużo mniej intensywny, chyba bardziej kwiatowy, nie jestem do końca pewna, może zapach tego łazienkowego tak mnie zamroczył 😉
  • Profesjonalne mleczko do mycia i pielęgnacji mebli FURNITURE – Uuuuuuu no to jest mój faworyt i miłość od pierwszego powąchania! Poradził sobie ze śladami po mazakach na naszym białym stole, więc ma duży plus. Producent informuje, że zawiera on składnik antystatyczny, dzięki któremu kurz się nie osadza…Hmmm…Siedzę właśnie przy wspomnianym wcześniej stole i faktycznie, minęła doba, a on nadal jest zaskakująco czysty, więc jestem skłonna potwierdzić tą teorię. Zapach utrzymywał się przez kilka godzin, co jest sporym sukcesem, bo przecież to nie jest odświeżacz do powietrza, tylko kosmetyk do mebli. Jak dla mnie super produkt!
  • Profesjonalny płyn do mycia kuchni KITCHEN – relację z testowania pokazywałam na Instagramie i uprzedzałam tam, że będę myć kuchenkę, na której wcześniej gotował Mąż. Posypały się wyrazy współczucia i solidarności, za które bardzo dziękuję hihi, ale nie było tak źle! Jak już wcześniej wspominałam, mieszkanie sprzątam raczej regularnie, więc tutaj też nie miałam do czynienia z kilkutygodniowym brudem, a jedynie zachlapaniami z poprzedniego dnia, dlatego nie jestem w stanie ocenić, jak produkt poradziłby sobie z trudniejszymi zabrudzeniami. W przypadku naszych śladów po intensywnym gotowaniu fasolki po bretońsku, płyn poradził sobie nieźle. Nasza kuchenka ma szklaną płytę i szczerze mówiąc, gdy polerowałam ją do sucha, to pierwszy raz aż skrzypiała przy pocieraniu papierowym ręcznikiem! Więc mniemam, że była porządnie wyczyszczona. Ogromnym plusem jest dla mnie to, że z płynu nie robi się piana. Nie wiem dlaczego, ale strasznie mnie to zawsze denerwuje! Ach no i oczywiście zapach znów na plus! Tym razem porównałam go do perfum mojej koleżanki, ale to piękny zapach, więc absolutnie nie jest to obelga! Ubolewam jedynie nad tym, że mój biały granitowy zlew wymaga czyszczenia środkiem z wybielaczem – zwykłe produkty nie radzą sobie z drobnymi przebarwieniami, które pojawiają się na nim dość często. Ale znalazłam na to sposób – najpierw coś wybielającego, a potem perfumowany płyn 🙂
  • Profesjonalny płyn do mycia naczyń DISHES – mam zmywarkę, więc od lat nie zmywałam ręcznie (taka jestem leniwa i wygodnicka), ale oczywiście musiałam sprawdzić działanie tego płynu. Na obiekt eksperymentów wybrałam talerzyk po kaszce synka. Poczekałam, aż trochę zaschnie (kaszka, nie syn), żeby było trudniej i zabrałam się do mycia. Podoba mi się, że płyn jest zamknięty w pojemniku z dozownikiem, bo nie ma ryzyka przelania produktu, a jest on wydajny, więc szkoda by było go niepotrzebnie marnować. Zapach płynu owocowy, przyjemny, ale nie w moim klimacie. Przy czym jak teraz o tym myślę, to użycie takiego aromatu przy czymś, co ma kontakt z naczyniami jest w sumie uzasadnione… 😉 Co do działania – miseczka także była skrzypiąca, kaszka zmyła się bez szorowania, więc znów plusik.
  • Profesjonalny żel w formie koncentratu do czyszczenia powierzchni gładkich, płytek, gresu, PCV FLOOR – zapach wprawił mnie w ekstazę, nie żartuję! Ten żel także pachnie perfumami, trochę męsko, może orientalnie, już się gubię w tych zapachach, ale są niezaprzeczalnie piękne! Żel wydaje się być bardzo wydajny, właśnie ze względu na swoją formułę. Wystarczyło niewiele, żeby wiadro wypełniło się dużą ilością pachnącej piany. Nie mam zastrzeżeń co do czystości podłogi, ale zapach utrzymał się krócej, niż myślałam. Może to wina tego, że mam irytujący zwyczaj odmierzania wszystkiego „na oko” bez czytania instrukcji, więc żelu być może było za mało…
  • Perfumowana woda do prasowania IRONING – jedyny produkt, którego nie zdążyłam przetestować, jakoś tak odwlekam zawsze przykry obowiązek prasowania… 😉 Mogę się jedynie wypowiedzieć na temat zapachu, który jest bardzo świeży, dokładnie taki, jaki powinno mieć pranie suszone na świeżym powietrzu!

Podsumowując – produkty Perfect House na pewno się Wam spodobają, jeśli lubicie się otaczać pięknymi zapachami! To zdecydowanie ich cecha charakterystyczna i główny powód, dla którego sprzątanie przy ich użyciu jest o wiele przyjemniejsze. Podoba mi się ich wydajność, podobają mi się opakowania i podoba mi się szata graficzna etykiet. Wiem, że to nie świadczy o jakości produktu, ale dla mnie to dowód na to, że są przemyślane. Proponuję Wam zacząć od BATHROOM, KITCHEN lub FURNITURE – po ich wypróbowaniu nabierzecie ochoty na więcej, gwarantuję! 🙂

I AM VERY BUSY – recenzja kalendarza

Znalezienie idealnego kalendarza to nie lada wyzwanie – szczególnie wtedy, gdy mamy dość wysokie wymagania. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy wybór jest zbyt duży! Przekonałam się o tym, gdy poprosiłam na Facebooku o poradę właśnie w tej kwestii – ilość polecanych przez Was plannerów dosłownie mnie oszołomiła! Tutaj możecie zobaczyć, jakie opcje brałam pod uwagę oraz komentarze z innymi propozycjami.

Ostatecznie, interesującym zrządzeniem losu, podczas poszukiwania dekoracji na przyjęcie urodzinowe Ninki, w sklepie Funfetti Party Shop wypatrzyłam kalendarz, który często widywałam na Instagramie, Pinterest, no dosłownie wszędzie! Chodzi o I AM VERY BUSY (ban.do) w kolorze ice blue. Szczerze mówiąc te kalendarze podobały mi się od dawna, ale nawet nie przypuszczałam, że są dostępne w Polsce, więc zazwyczaj wzdychałam i o temacie zapominałam…A tu taka niespodzianka!

Dlaczego wybrałam ten kalendarz?

  • kalendarz obejmuje okres od sierpnia 2016 do grudnia 2017, a ja nie chciałam czekać z rozpoczęciem notowania (jak większość kobiet w mojej rodzinie, gdy coś sobie wymyślę, to muszę to mieć JUŻ, TERAZ!)
  • kalendarz ma mnóstwo naklejek i ilustracji, wszystkie są w żywych kolorach. Przez moment wahałam się, czy nie jest zbyt „młodzieżowy”, ale szybko uznałam te rozterki za niedorzeczne – przecież 30-stkę będą miała dopiero za ponad rok, mogę się pobawić naklejkami 😉
  • zawartość adekwatna do moich potrzeb – zaczynając poszukiwania kalendarza zastanawiałam się, czy wybrać taki, gdzie można szczegółowo planować każdy dzień czy może zadowolić się tygodniem. Wygrała druga opcja, ponieważ nie jestem (jeszcze!) prezesem ważnej firmy i nie mam co godzinę spotkań służbowych, więc widok tygodnia rozłożony na dwie strony w zupełności mi wystarczy (choć w przyszłym roku, gdy wrócę do aktywności zawodowej, Ninka pójdzie do przedszkola, a Karolek pewnie do żłobka, to zapewne dokonam innego wyboru)

Zalety:

  • dwie kieszonki na notatki itp.
  • zabawne naklejki i ilustracje
  • dużo miejsca na notatki
  • przejrzysty widok miesiąca i tygodnia
  • urocze kolorowe przekładki na każdy miesiąc
  • format pomiędzy A5 a A4 (nie wiem, jak się fachowo nazywa), który jest dla mnie bardzo wygodny
  • cena 99 zł – tańszy od swoich polskich konkurentów

Wady:

  • naklejek jest w moim odczuciu za mało + brakuje mi większej ilości takich, którymi mogłabym oznaczyć wydarzenia, które mają często miejsce (np. trening, spotkanie z koleżankami itp.). Oczywiście można dokupić dodatkowe (tutaj), ale chyba lepiej wymyślić swój system oznaczania (ja tak zrobiłam).
  • w miesięcznym kalendarzu są zaznaczone różne amerykańskie święta i inne okazje – mi to nie przeszkadza, ale komuś może brakować oznaczenia naszych polskich świąt.

  • problem 99% kalendarzy, a jednocześnie dowód kolejnego z moich dziwactw – bardzo nie lubię pisać na gładkich kartkach, w liniach też nie bardzo. Muszę mieć kratkę, żeby czuć się komfortowo! W innym wypadku piszę krzywo i bardzo razi to moje poczucie estetyki 😉 Jak rozwiązałam ten problem? Doznałam olśnienia i wydrukowałam sobie liniuszek (a właściwie kraciuszek…)! Przycięłam go do rozmiarów kalendarza i voilà!

Jak używam kalendarza?

Nadal planuję tak, jak opisałam w tym poście, ale dodatkowo przepisuję część informacji do kalendarza – głównie po to, żebyśmy oboje z Mężem mieli do nich łatwy dostęp. Nozbe i Evernote traktuję jako miejsce do tymczasowego przechowywania informacji, zwłaszcza wtedy, gdy coś przyjdzie mi do głowy poza domem. System elektroniczny i tradycyjny wspaniale się u nas uzupełnia.

Aby ułatwić sobie korzystanie z kalendarza, wymyśliłam sobie system kolorystyczny zapisywania wybranych kategorii notatek i ujednoliciłam go z tym, który mam w Nozbe (można tam określić kolory projektów) – dzięki temu wystarczy mi jeden rzut oka i już wiem, co mnie mniej więcej czeka.

Kalendarz mam dopiero od kilku dni, ale już go lubię! Mam mocne postanowienie nie oglądania już żadnych kalendarzy przez najbliższy rok, żeby mnie nic nie skusiło! 😉

PS. Dla zainteresowanych – gdybym nie wybrała kalendarza I AM VERY BUSY, to kupiłabym HAPPY PLANNER Madama.

Drukarka etykiet Brother P-touch D200 – hit czy kit?

Etap organizacji mojego nowego mieszkania powoli dobiega końca – ufff! Życie wśród nierozpakowanych toreb zdecydowanie mi nie służyło, ale teraz w końcu wszystko ma swoje miejsce, miliony pudeł i pojemników z IKEI powoli się zapełniają – zaczynamy czuć się tutaj, jak u siebie. Niebawem zacznę pokazywać, na jakie organizacyjne rozwiązania zdecydowałam się w różnych zakątkach nowego mieszkania (a jest ich sporo!), ale nie mogę zacząć bez przedstawienia bohatera, który niejednokrotnie będzie się w tych wpisach pojawiał – Brother P-touch D200 *. Spełnienie moich organizacyjnych marzeń! Odpowiadając już na początku na pytanie postawione w tytule – hit nad hity!

DANE TECHNICZNE:

To, co skusiło mnie najbardziej, to klawiatura. Zależało mi na tym, by obsługiwała polskie litery, bo z tym wśród drukarek bywa czasem różnie. Dodatkowe bajery, jak na przykład ramki i symbole graficzne (kilkaset do wyboru!) miały dla mnie znaczenie drugorzędne. Do wyboru jest też 14 czcionek, a wszystkie preferencje zmienia się za pomocą kilku klawiszy funkcyjnych – obsługa jest bardzo prosta. Zaletą jest możliwość zrobienia podglądu wydruku oraz fakt, że można drukować 2 linie tekstu. Drukarka jest kompatybilna z taśmami TZe (6-warstwowe, bardzo wytrzymałe) o różnych szerokościach. Wadą jest zasilanie na aż 6 baterii typu AAA (ale można też kupić wersję z zasilaczem sieciowym). Z tego, co widzę, jest kilka wersji kolorystycznych. Ceny według Ceneo wahają się od 129 zł do nawet 190 zł, ale ja swoją dorwałam na Allegro za 115 zł (+koszt przesyłki). W komplecie była dołączona biała taśma 12 mm. Zaraz wyjaśnię, dlaczego jej nie użyłam!

UŻYTKOWANIE:

Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po kupieniu drukarki, było zamówienie innej taśmy, niż ta dołączona w zestawie. Była ona biała, a mi zależało na przezroczystej – z tego prostego powodu, że przezroczysta będzie wyglądać dobrze na wszystkim i dzięki temu będę mogła wykorzystać ją w niezliczonej ilości projektów! Już zacieram ręce z radości! Taśmę (12mm, 8m długości) również znalazłam na Allegro, kosztuje 31 zł + koszt przesyłki, ale warto!

Obsługa drukarki jest banalnie prosta, intuicyjna, dla posiadaczy smartfonów nie powinna stanowić problemu! Małą wadą są gabaryty drukarki – jest na tyle gruba, że ciężko mi się ją trzyma w dłoniach – wygodniej mi jest, gdy leży, ale może to kwestia moich drobnych dłoni. Ogólnie po wybraniu preferowanej przeze mnie czcionki i zdecydowaniu, że wszelkiego rodzaju ozdobniki nie są mi potrzebne, moja praca z drukarką polegała jedynie na wklepywaniu wybranych słów i błyskawicznym ich drukowaniu. Na górze po prawej stronie jest przycisk, który obcina nasz wydruk, więc wszystko jest piękne i równe – dla mnie to ogromna zaleta i komfort, w porównaniu do moich wcześniejszych działań, gdy miałam w zanadrzu jedynie wydrukowaną naklejkę w formacie A4, z której musiałam wycinać drobne elementy. Teraz wszystko jest ładne i równe – tak, jak lubię!

PODSUMOWANIE:

Czy warto kupić jakąkolwiek drukarkę etykiet? Moim zdaniem każda osoba, która ceni sobie ład i porządek, będzie z tego zakupu zadowolona! Tym bardziej, że możliwości wykorzystania jest mnóstwo! Pokażę je zresztą niebawem 🙂

*Link we wpisie jest linkiem afiliacyjnym – oznacza to, że kupując coś poprzez jego kliknięcie sprawisz, że niewielka prowizja od sprzedaży trafi również do mnie.