Browsing Category: PORADY

Posprzątaj łazienkę w 5 minut

Przetestowałam ten system już wielokrotnie i mogę z ręką na sercu potwierdzić, że działa! Gdy nie macie czasu, gdy nie macie siły, gdy nie macie ochoty lub po prostu za chwilę pojawią się goście i nie chcecie wyjść na bałaganiarzy…tych kilka kroków wystarczy, by łazienka była odświeżona!

łazienka w 5 minut

1. POCHOWAJ WSZYSTKO NA SWOJE MIEJSCE

W moim przypadku chodzi o włożenie kosmetyków do koszyczków, porządne rozwieszenie ręczników oraz usunięcie z widoku wanienki i przewijaka 😉

2. PRZETRZYJ LUSTRA

3. PSIKNIJ PREPARATEM DEZYNFEKUJĄCYM NA

UMYWALKĘ, TOALETĘ, PRYSZNIC / WANNĘ.

4. UMYJ TOALETĘ

5. PRZETRZYJ UMYWALKĘ, TOALETĘ, PRYSZNIC / WANNĘ.

Gotowe!

Napisanie tego zajęło mi pewnie tyle czasu, ile zajęłoby wykonanie wszystkich tych czynności 😉

.

To dla Was za mało?

W takim razie zapraszam Was na środę – napiszę więcej o dokładnym sprzątaniu łazienki + udostępnię kolejną checklistę 🙂

Gdzie kupić washi tape?

Te śliczne ozdobne taśmy mają jedną wadę – czasem bardzo ciężko jest je dostać, szczególnie w małych miastach. Często mnie o to pytacie, więc dziś odpowiadam 🙂

gdzie kupić washi tape - grafika

Washi tape warto szukać w sklepach papierniczych, choć w ofercie mają zazwyczaj jedynie kilka kolorów.

Widywałam je w Empikach, ale wzory nie do końca mi odpowiadały…

Dlatego najczęściej zaopatruję się w sklepach internetowych i Wam też polecam to rozwiązanie – wybór jest czasem oszałamiający!

.

Sklepy, które Wam polecam:

Dekoracyjna Taśma

Workshop of Nature

Świat Pasji

Scrapuj

Scandi Loft

.

A Wy gdzie kupujecie swoje taśmy? Jak duża jest Wasza kolekcja?

Ooooh przydałoby się kilka nowych washi tape na wiosnę, prawda? 😉

Ile kosztuje (moje) dziecko

Budżet domowy zaczęłam prowadzić, gdy byłam w 3 trymestrze ciąży (wpis z tamtego czasu znajdziecie tutaj). To właśnie wtedy (tak, dopiero wtedy) dotarło do mnie, że powinniśmy zacząć poważniej podchodzić do kwestii naszych wydatków. Szczerze mówiąc byłam przerażona tym, jak sobie poradzimy. Absolutnie nie chodzi mi tu o to, by narzekać na zarobki, bo nie są takie złe, ale raczej o to, że apetyt rośnie w miarę jedzenia i im więcej zarabialiśmy, tym więcej wydawaliśmy…a że przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka, to jakoś nie potrafiłam sobie wyobrazić, że nagle będziemy mieli do wydania o…no właśnie, o ile mniej? 200zł? 500zł 1000zł? 2000zł? Zaczęłam szperać w internecie w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie. Znalazłam wiele artykułów, które poruszały ten temat, ale…bez konkretów. Stwierdzenie typu :”To, ile wydasz na dziecko, zależy od tego, czy będziesz kupować tanie rzeczy czy drogie” jakoś do mnie nie przemawiało. Był początek sierpnia, do terminu porodu zostały mi prawie 3 miesiące (jak się później okazało, czasu było jednak trochę mniej), więc postanowiłam zacząć szczegółowo zapisywać wydatki na dziecko – dla zaspokojenia własnej ciekawości, by podzielić się wiedzą z innymi, na przyszłość. Dziś pokażę Wam wyniki moich skrupulatnych wyliczeń. Jestem bardzo ciekawa, jak wypadnę na tle czytających to mam 😉

WYDATKI NA DZIECKO

6685,55zł. Mało? Dużo? W sam raz? Sama nie wiem…

Jak widzicie wydatki nie były zbytnio rozłożone w czasie. Prawdziwe zakupy zaczęłam robić dopiero w październiku. To nie było najłatwiejsza ciąża, bardzo bałam się o jej finał, więc kupiłam tylko to, co będzie nam potrzebne w szpitalu. Z resztą się wstrzymywałam, bo bałam się, że zapeszę (taka nowoczesna, a wierzy w zabobony, no wstyd!). W rezultacie, gdy Ninka przyszła na świat w 38 tygodniu ciąży, my nie mieliśmy dla niej nawet łóżeczka… Ale za to potem zaczęliśmy szaleć. Dosłownie. Działałam totalnie na oślep. Wysyłałam Męża po różne gadżety, których nigdy potem nie użyłam. Nakupowałam zabawek, którymi dziecko nie potrafi się jeszcze bawić. No i te rozkoszne malutkie ubranka, z których wyrosła, zanim zdążyłam jej ubrać! Eh…Wiecie jak to jest przy pierwszym dziecku 😉

Ale przejdźmy może do wyjaśnienia kilku szczegółów z tabelki:

Ta duża kwota w kategorii „Akcesoria” w październiku to wózek. Był to prezent od Mojej Mamy, ale postanowiłam uwzględnić go w tych podliczeniach, żeby na przyszłość wiedzieć, jaki to koszt.

Większe sumy w kategorii „Zdrowie” to szczepionki.

Dużo pieniędzy wydajemy na mleko modyfikowane – zamawiam je głównie przez internet, bo ciężko je dostać, a i ceny bywają skrajnie różne np. puszka 400g w Super Pharm kosztuje 38zł, a w jednej z internetowych aptek kupiłam ją za 26zł…

Dzięki wspaniałomyślności naszych bliskich, udało nam się zmniejszyć wydatki na pieluszki – dają je nam w prezencie, zamiast kolejnej grzechotki. Polecam Wam takie rozwiązanie – pieluchy ZAWSZE się przydadzą!

Co do ubranek to sprawa jest trudna – na rynku jest tyle pięknych rzeczy, że trudno się zdecydować! I trudno sobie odmówić! No właśnie – SOBIE. Bo w tych pierwszych miesiącach ubieramy dziecko właściwie dla siebie…Porobiłam dużo zapasów na wyprzedażach, ale teraz znacznie przystopowałam – widać to w tabelce baaaardzo wyraźnie! Aktualnie jestem w trakcie dokonywanie selekcji ubranek – część zostawię, a część sprzedam i dzięki temu zyskam (bezboleśnie) pieniądze na kolejne.

Przez moment miałam straszną ochotę na kupowanie Nince różnych trendy zabawek (która mama nie wzdycha do produktów Maileg?), ale namyśle zdecydowałam, że na razie skupię się na tworzeniu jej osobistej biblioteczki – lubi oglądać książeczki, a na maskotki przyjdzie jeszcze czas.

.

Mam pewne obawy, że z upływem czasu będzie mi coraz trudniej odmówić temu ślicznemu dziubkowi, dlatego korzystam (finansowo!) z tego, że jeszcze nie wie, na czym polega wymuszanie kupna zabawki płaczem 😉

SAMSUNG CSC

Teraz, gdy znacie już prawie wszystkie moje finansowe sekrety, czas na Was!

Zdradzicie mi w komentarzach, ile wydajecie na swoje dzieci? 🙂

Planowanie posiłków + przykładowe menu

Wiele osób pyta o moją taktykę planowania posiłków. Pisałam o tym już kilka razy, ale ciągle się uczę, ciągle coś zmieniam, więc uznałam, że warto ten temat zaktualizować 🙂

Jak planuję posiłki + przykładowe menu - grafika

Przede wszystkim zacznę od tego, że posiłki planuję na tydzień. Był czas, że planowałam na cały miesiąc, ale tylko obiady. Ciągle był jednak problem z tym, co jeść na śniadanie, a co dziś na kolację, bla bla bla, wieczne dylematy, więc stwierdziłam, że najpierw opanuję sztukę planowania tygodniowego.

Rozpisałam Wam szczegółowo to, co robię – krok po kroku 🙂

1. Zaczęliśmy od wspólnego stworzenia listy naszych ulubionych potraw – z podziałem na posiłki. Nie będę tu udawać, że jestem wspaniałą kucharką, która codziennie spędza 3 godziny w kuchni na przyrządzaniu wymyślnych dań. Absolutnie nie! Mam swoje sprawdzone przepisy i to na nich opieram nasze menu. Postanowiłam sobie, że w tym roku będę próbować 2 nowych przepisów na miesiąc i to mi wystarcza, jeśli chodzi o urozmaicenia i kulinarne atrakcje. Polecam Wam stworzenie takiej rodzinnej listy – jest to duże ułatwienie podczas planowania posiłków.

2. Szykuję dużą kartkę i ołówek, by rozpisać wstępne menu i listę zakupów. Rysuję sobie tabelkę podobną do tej z mojego plannera.

3. Zaglądam do „spiżarni” i rejestruję wzrokiem, co tam jest – pół paczki makaronu, 2 torebki ryżu, fasola…Od razu wpisuję więc do rubryki obiadowej np. w poniedziałek „makaron z…”, we wtorek „ryż z…”.

4. Zaglądam do lodówki i zamrażalnika. Widzę brokuły? Dopisuję do poniedziałku:”makaron z brokułami i sosem serowym”

5. Wpisuję na listę zakupów „ser typu Lazur”, bo widzę już, że będę go potrzebowała do poniedziałkowego obiadu.

6. Zawsze zaczynam od obiadów. Staram się nie robić przez kilka dni pod rząd tych samych potraw, czyli np. w poniedziałek makaronu z brokułami, we wtorek makaronu ze szpinakiem, a w środę makaronu z sosem pomidorowym, bo Mój Mąż nie lubi monotonii 😉 Rozpisuję obiady według punktów 3, 4 i 5, aż wyczerpię wszystkie zapasy. Gdy zostają mi jakieś wolne dni, wybieram nowe danie z naszej listy i od razu wpisuję na listę zakupów składniki, które są potrzebne do jego wykonania. Jeśli składniki powtarzają się w kilku daniach, stawiam przy produkcie odpowiednią ilość kresek.

7. Następnie przechodzę do śniadań. Tutaj również staram się unikać powtórek – jeśli jednego dnia jest jajecznica, to jajko na twardo będzie za dwa dni, żeby sobie od niego odpocząć 😉 Tutaj również w pierwszej kolejności wykorzystuję to, co mam. Jeśli mam otwartą butelkę z mlekiem to na 100% na śniadanie zjemy musli.

8. Kolacje to nasz największy problem – chciałoby się zjeść coś lekkiego, ale zazwyczaj mamy wtedy ochotę na tony tłuszczu i węglowodanów! 😉 Często kończy się na klasycznych kanapkach lub na grzankach, by nie marnować chleba (tutaj też stosuję zasadę pierwszeństwa dla resztek i otwartych opakowań).

9. Ostatni punkt to wpisanie menu w odpowiedni szablon (aktualnie korzystam z tego) oraz przepisanie listy zakupów (produkty zapisuję grupami, żeby nie kręcić się bez sensu w kółko po markecie) i ustalenie, gdzie te zakupy zrobić (pomocna będzie tabelka, którą znajdziecie tutaj oraz znajomość aktualnych promocji 😉 )

Zakupy zazwyczaj robi Mój Mąż – w piątek wieczorem lub w sobotę rano.

.

Pora na pokazanie Wam naszego menu – jest to menu z tygodnia 09-15.02.2015.

Od razu zaznaczam, że nie jestem dietetykiem, nie jestem też kucharką, a więc nie jest to menu rodem z wykwintnej restauracji. Normalna rodzina jedząca normalne jedzenie 😉

Przepisałam menu na komputerze, żeby było bardziej czytelne.

X – oznacza, że tego posiłku w danym dniu nie ma (np. w weekendy jemy tak późno śniadanie, że nie ma sensu planować drugiego śniadania)

= – oznacza, że dany schemat jest powtarzany codziennie (np. ja na drugie śniadanie zawsze piję smoothie, a Mąż je kanapki, bo jest wtedy w pracy)

Kanapki oznaczają freestyle – każdy je z tym, z czym chce. Parówki i jajecznicę jemy oczywiście z pieczywem, ale nie zapisuję takich detali 😉

menu

Żeby nie marnować jedzenia, wymyślamy rozwiązania typu: we wtorek pulpeciki z frytkami, a te które zostaną lądują w sosie na drugi dzień. Podobnie kurczak – w czwartek był na obiad, ale to, co zostało, wrzuciłam do wieczornej sałatki.

Na samym dole, w rubryce ‚UWAGI” zapisuję rzeczy, które kupujemy na bieżąco – mięsa i

pieczywa nie uwzględniam w piątkowej liście zakupów (za wyjątkiem wędlin, do kanapek).

Każdego dnia ok. 12:00 robię sobie smoothie – część zostawiam dla Męża, który pije je w ramach podwieczorku (ja z kolei nie jestem wtedy głodna, więc pomijam ten posiłek i robię miejsce w brzuchu na kolację 😉 ).

Mój Mąż kupuje w piątki różne owoce, a następnie układamy z nich kompozycje na koktajle – doklejam sobie ich skład do menu, są zapisane na washi tape. Na tej podstawie w sobotę przygotowuję paczuszki z mrożonkami.

Menu jest wywieszone na wąskiej ścianie w kuchni, wraz z kalendarzem na obecny miesiąc. Powstaje tam moje „centrum dowodzenia”, ale jeszcze nie jest w pełni gotowe 😉

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

A co z finansami?

Prośby o udostępnienie mojego menu pojawiły się w momencie, gdy ujawniłam, że w styczniu wydaliśmy na jedzenie nieco ponad 600 zł.

Oczywiście są tygodnie, gdy wydaje się mało, a są też takie, gdy nagle trzeba dokupić jakieś droższe produkty i wtedy rachunki rosną. W styczniu wyglądało to u nas następująco:

1 tydz – 140,08 zł

2 tydz – 161,10 zł

3 tydz – 143,49 zł

4 tydz – 91,01 zł

5 tydz – 73,28 zł

Jak widać końcówka miesiąca była bardzo udana – mieliśmy wystarczająco dużo zapasów, by ograniczyć zakupy.

W tym miesiącu już widzę, że wydatki będą większe, bo wszystko nam się kończy, ale na szczęście luty jest króciutki, więc może nasz domowy budżet nie odczuje tego zbyt mocno 😉

AKTUALIZACJA 08.2016:

Koniecznie zerknijcie na mój NOWY SPOSÓB PLANOWANIA POSIŁKÓW!

Naklejki na mrożonki

Rozmawiam z Moją Mamą minimum 4 razy dziennie. To już właściwie rytuał. Wstaję rano, jem z Mężem śniadanie, a następnie (zanim obudzi się Ninka) dzwonię do Mamy na krótką wymianę porannych uprzejmości. Następnie rozmawiamy, gdy około południa spaceruję z dzieckiem. Potem dzwonimy do siebie po Jej powrocie z pracy i dyskutujemy o tym, jak nam minął dzień, co ciekawego widziałyśmy / czytałyśmy / zasłyszałyśmy. Często dzwonimy do siebie i „razem” oglądamy jakiś program w TV. Obowiązkowo też dzwonię życzyć Jej dobrej nocy. Tysiące minut, setki godzin, milion tematów do obgadania, a wśród nich jedno pytanie, które słyszę właściwie za każdym razem: „ILE PORCJI OWOCÓW I WARZYW DZISIAJ ZJADŁAŚ?”. Chętnie odpyskowałabym wtedy pytając „A ile Ty?”, ale doskonale wiem, że rozmawiam z osobą, która zielone koktajle robiła już na długo przed tym, zanim stały się modne, więc zaraz usłyszałabym tak długą listę składników wrzuconych do Jej porannego smoothie, że mogłyby z pewnością uzupełnić dzienne zapotrzebowanie na witaminy całej wioski…

Pora na małe wyznanie. W dzieciństwie byłam strasznym niejadkiem. Teraz co prawda jem już normalne ilości (czasem nawet nienormalnie i niemoralnie duże porcje), ale została mi po tym bardzo szczeniacka awersja do wielu produktów. Moi bliscy mówią wprost: „Kasia z tym jedzeniem to jest dziwna.”. Muszę się ze wstydem zgodzić. Za żadne skarby świata nie tknę świeżego pomidora, ale przecier pomidorowy wyjem łyżkami ze słoiczka. Buraczki zjem, ale pod warunkiem, że będą ukryte pod ziemniakami (kto pamięta ten trik z czasów przedszkola?). Ogórek – świeży nie, kiszony tak, korniszon w ostateczności. Sałata tak. Szpinak tak. Kapusta absolutnie nie! No chyba, że kiszona…Rozumiecie już, dlaczego Moja Mama tak mnie męczy pytaniami o moją dietę? Koktajle są Jej (i teraz moim!) sposobem na przemycenie większej ilości witamin do mojego menu, bez konieczności krzywienia się nad talerzem z brukselką 😉

Ale wracając do tematu – uwielbiam koktajle, ale komu chciałoby się je codziennie przygotowywać? Rano jest zawsze tyle rzeczy do zrobienia, że to całe mycie, obieranie, krojenie i siekanie, wydawały mi się być zawsze uciążliwym obowiązkiem, a nie przyjemnym kultywowaniem zdrowego trybu życia. Nie byłam jednak głucha i ślepa na dobroczynne efekty spożywania większej ilości warzyw i owoców, dlatego postanowiłam w końcu podejść do tego tematu na poważnie, zamiast denerwować Mamę moją standardową odpowiedzią na Jej pytanie (czyli: „Jedno jabłko.” lub ewentualnie „Banana.”). Uznałam, że skoro główną wadą, w moim mniemaniu, jest  żmudny proces przygotowania koktajlu, to postaram się zrobić coś, by go przyspieszyć.

Postanowiłam zacząć mrozić.

Nie tylko owoce, nie tylko warzywa. Nie tylko do smoothie, ale także do zup. Nie tylko pojedyncze produkty, ale też całe dania.

Część z Was pewnie śmieje się pod nosem – „O co jej chodzi? Przecież wszyscy mrożą, przecież to norma!”. Okazuje się jednak, że wcale aż tak wiele osób tego nie robi. Jeśli ktoś ma osobną zamrażarkę, to na pewno z niej korzysta. Ale posiadacze małych lodówek, a co za tym idzie małych zamrażarek, wyjadają zapasy na bieżąco – o mrożeniu nie ma mowy, bo nie ma na to miejsca! Dlatego ja postanowiłam mrozić z głową. Odpowiednie ilości, bez szaleństw, na spokojnie.

Mój zamrażalnik ma 3 szuflady. Jedną przeznaczyłam na gotowe dania (nasze babcie dziwnym trafem zawsze w tym samym czasie posyłają nam pierogi, każda po kilkadziesiąt sztuk, więc w większości to one wypełniają całą szufladę 😉 ), drugą na warzywa, a trzecią na owoce i kompozycje do koktajli.

Dziś pokażę Wam, jak przygotowuję te ostatnie i dlaczego nie robię tego tak, jak nakazują wszystkie poradniki 😉

Zacznę od odrobiny teorii:

– przed przystąpieniem do mrożenia produkty należy umyć i osuszyć

– do mrożenia możemy użyć specjalnych woreczków, tacek lub plastikowych pojemników

– niektóre produkty (np. kalafior, brokuły, marchewkę, groszek…) przed zamrożeniem powinno się zanurzyć we wrzącej wodzie, a następnie w zimnej (tzw. blanszowanie – szczegóły znajdziecie tutaj) – dzięki temu zachowają swój kolor i konsystencję

– nie powinno się mrozić sałaty, ogórków i rzodkiewki, ponieważ zawierają dużo wody i po rozmrożeniu mogłyby być rozczarowujące – zarówno w smaku, jak i w konsystencji 😉

– drobne owoce, np. jagody, powinno się mrozić na tacce lub luźno ułożone, by zamroziły się osobno – szczególnie przydatne, gdy mrozimy w celu wykorzystania np. podczas późniejszego dekorowania ciast (te malinki w środku zimy!)

– wszystko to, co jest duże (kalafior, ananas itp.) przed zamrożeniem należy podzielić na mniejsze części

– i oczywiście wypadałoby wyjąć pestki 😉

Zastanawiacie się pewnie, który z tych punktów zignorowałam 😉 Właściwie to dwa! Nie blanszowałam marchewki – zamroziłam ją do późniejszego wykorzystania w zupie (robię głównie buliony warzywne), więc nie zależy mi na jej kolorze itp. Podobnie potraktowałam borówki – skoro i tak wrzucę je do koktajlu, to zamroziłam je przytulone do siebie w woreczku. Mrożę wszystko – pomarańcze, banany, liczi…Taka ze mnie rebeliantka 😉

PicMonkey Collage

Nie będę udawać, że robi się to wszystko błyskawicznie – przygotowanie porcji, które widzicie na zdjęciach zajęło mi ponad godzinę! Ale reszta tygodnia to była sielanka – każdego poranka po prostu sięgałam do zamrażalnika po wybrane produkty, rozmrażałam je i w południe miałam na stole pyszne smoothie!

Koniec z wymówkami!

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

Wspomniane wcześniej paczuszki z warzywami na zupę – pomysł, który (oczywiście!) Moja Mama stosuje od lat 😉

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

Ostatnio znalazłam w Rossmannie bardzo fajne woreczki do mrożenia, z miejscem na opisanie zawartości – trochę brakowało mi tego w moich starych woreczkach. Po pierwsze nie było gdzie zapisać takiej informacji, a po drugie woreczki były zbyt małe, by przykleić równo naklejkę. Po kilku dniach w zamrażalniku ananas wyglądał łudząco podobnie do mango, a szpinak do jarmużu, co troszkę mnie irytowało, bo nigdy nie byłam do końca pewna, co wyciągam z szuflady. Nowe woreczki są większe, więc wskoczyłam na wyższy stopień mrożonkowego wtajemniczenia  i zaczęłam mrozić całe kompozycje. To dopiero ułatwienie!

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

.

Nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła dla Was kilku ciekawych „bajerów” do wydrukowania – naklejki na mrożonki, spis zawartości zamrażalnika, mini ściąga z zamrażania

.

Niektórzy z Was mogą się zastanawiać, dlaczego umieściłam ten post w kategorii „OSZCZĘDZAJ”. Proszę się przyznać – a ile razy wyrzuciliście owoce i warzywa, bo były już zgniłe / zjedzone przez muszki owocówki / ukryły się w lodówce? No właśnie. Dzięki mrożeniu możecie uniknąć wyrzucania pieniędzy do śmieci. Oczywiście zachęcam wszystkich do jedzenia świeżych produktów, szczególnie w sezonie (już się nie mogę doczekać tych truskawek mmm!), ale jeśli wiemy, że nie wykorzystamy produktu w całości, to mrożenie jest wspaniałym rozwiązaniem! Lub jeśli ma się prawie 28 lat, a owoce i warzywa przyjmuje się jedynie w formie papki (czyli na poziomie swojego 5 miesięcznego dziecka), wtedy też jest to fajna opcja 😉

.

Oszczędzamy, zdrowo się odżywiamy i jeszcze na dodatek sprawiamy przyjemność Mamie – dziękuję kochane mrożonki! Moje życie stało się lepsze 😉

PS. Moje naklejki na mrożonki znajdziecie tutaj!