Browsing Category: ORGANIZACJA

Ponad 20 pomysłów na produktywne wykorzystanie 5 minut

Żołądki moich dzieci są dla mnie lepszym wyznacznikiem czasu, niż najlepszy szwajcarski zegarek. Gdy kładę je na południową drzemkę, mam 95% pewności, że obudzą się punktualnie o 13:00 i momentalnie będą oczekiwać ciepłego obiadu na stole. Dlatego też, gdy już zasną około 11:30, ja rzucam się do realizacji tych zadań z mojej listy, które w ich obecności byłyby trudne do wykonania (np. trening albo praca przy komputerze). Po 12:30 zaczynam już jednak odczuwać lekką presję czasu i zazwyczaj zaczynam szykować coś do jedzenia. Zwarta i gotowa, czekam. Zazwyczaj udaje nam się perfekcyjnie zsynchronizować, ale czasem dzieje się coś dziwnego. Mija 13:05, a nikt nie przywołuje mnie zniecierpliwionym płaczem. Mija 13:10, a oni nawet się nie wiercą. Czekam. Siedzę i czekam, bo przecież wiadomo, że gdy tylko rozsiądę się wygodnie z książką, to któreś się obudzi. Czasem na takim czekaniu marnuję kwadrans, ale zdarza się i godzinę (to już prawie cud i  wtedy czas upływa mi na zastanawianiu się, czym zasłużyłam na taką łaskę). Fajnie tak nic nie robić, ale z drugiej strony trochę marnuję cenny czas…Na takie okoliczności, a także inne podobne sytuacje, kiedy na przykład czekamy, aż pralka skończy prać albo wyszykowaliśmy się za szybko i do wyjścia z domu zostało kilka minut, warto mieć przygotowaną listę rzeczy, które można zrobić, by produktywnie wykorzystać czas. Bo choć wszyscy zazwyczaj siadamy wtedy do przeglądania Facebooka, to jednak nie jest to jedyna opcja. I właśnie na takie chwile, na te moje szczęśliwe wyjątkowe okoliczności, przygotowałam poniższą listę, którą z przyjemnością się z Wami podzielę!

CO MOŻESZ ZROBIĆ W 5 MINUT?

  • zaplanować kolejny dzień/tydzień
  • zrobić listę zakupów
  • wybrać ubrania na następny dzień
  • sprawdzić stan konta, a nawet zrobić jakiś zaległy przelew
  • zmienić hasła (do maila/profili społecznościowych itd.)
  • opróżnić kosz (na mailu lub komputerze)
  • usunąć z telefonu nieużywane aplikacje
  • napisać maila
  • umówić się na wizytę do lekarza/kosmetyczki/fryzjera
  • uzupełnić papier w drukarce
  • wymienić baterie w często używanych urządzeniach
  • wymienić żarówkę
  • wypolerować lustro
  • wyczyścić buty
  • umyć toaletę
  • przetrzeć kuchenne blaty
  • pościelić łóżko
  • podlać kwiaty
  • posegregować pranie
  • zrobić porządek w portfelu
  • wywietrzyć wszystkie pomieszczenia
  • przeczytać krótki artykuł

Ta lista to zaledwie wierzchołek góry lodowej – jestem pewna, że możecie do niej dodać jeszcze wiele zadań! Najważniejsze, by nie marnować czasu, choć z drugiej strony odrobina odpoczynku też nam się należy, prawda? 😉

Podsumowanie marca i organizacyjnego wyzwania

Nie udało mi się. Całkowicie poległam z realizacją moich marcowych planów. Niestety ten miesiąc nie był zbyt łaskawy dla naszej rodziny i po prostu zabrakło sił i energii na robienie czegokolwiek, poza zwykłymi obowiązkami pomagającymi nam sprawnie funkcjonować każdego dnia.

Patrzę na moją listę zadań, którą stworzyłam pod koniec lutego i nie wygląda to zbyt ciekawie. Owszem, ogarnęłam łazienkę i pokazałam Wam kilka organizacyjnych trików, ale na tym koniec sukcesów w marcu. Mam już gigantyczne zaległości w porządkowaniu zdjęć, nadal nie ogarnęłam naszych PIT-ów, a o uporządkowaniu kilku kuchennych szafek to już nawet w najbliższej przyszłości nie marzę…Mam nadzieję, że w kwietniu w końcu się otrząsnę z tego letargu, przestanę zasypiać wieczorem razem z dziećmi i nabiorę werwy do działania.

Wiem, że wielu z Was udało się zrealizować wiele punktów kwartalnego organizacyjnego wyzwania i to nawet w o wiele krótszym czasie – serdecznie gratuluję! Teraz możecie w spokoju cieszyć się wiosną i przygotowywać do Świąt Wielkanocnych! (Jeśli jednak nadal czujecie niedosyt, proponuję jeszcze dodatkowo Domowy Detox)

Już nawet nie będę się wygłupiać z obiecywaniem powrotu do regularnego publikowania nowych postów, ale jeśli takowy się pojawi, to na pewno poinformuję o tym na Facebooku i Instagramie.

Życzę Wam słonecznego i produktywnego kwietnia 🙂

Jak zorganizować małą łazienkę + test ekologicznych środków do prania

Czy tylko ja odnoszę wrażenie, że większość łazienkowych inspiracji jest stworzona z myślą o bezdzietnych singlach, zafascynowanych ideą minimalizmu? Nie ukrywam, że bardzo mi się podobają te białe wnętrza z kwiatami, dopasowanymi kolorystycznie kosmetykami i szklanymi umywalkami, ale po chwili zachwytu zawsze przychodzi refleksja – gdzie w takiej łazience ukryć dziecięcą wanienkę, niezliczone ilości zabawek do kąpieli, wszystkie moje kosmetyki i inne gadżety, które posiadają magiczną moc upiększania? No gdzie? Oczywiście można kupić składaną wanienkę Stokke i mieć część problemów z głowy, ale ja wolałam wydać 20 zł na tą z IKEI, więc rozterki pozostały. Dzisiaj postanowiłam pokazać Wam, jak bardzo moja łazienka różni się od tych pokazywanych w katalogach oraz zaprezentować, jakie organizacyjne rozwiązania w niej zastosowałam. Raczej wątpię, żeby ktokolwiek chciał sobie te zdjęcia zapisać i podziwiać, ale tym razem chodzi o kwestie praktyczne. Wiem, że większość osób mieszkających w blokach ma podobne problemy, więc to właśnie z myślą o Was powstał ten wpis!

Na początek krótkie wyjaśnienie. Nasze mieszkanie kupiliśmy wiosną ubiegłego roku, poprzedni właściciele zrobili w nim generalny remont. Były już w nim położone podłogi, pomalowane ściany, wstawione nowe drzwi, no i gotowa łazienka. Niczego w niej nie zmienialiśmy, więc jej obecny układ jest zasługą poprzedniego właściciela. Moim zdaniem wykazał się on dużym sprytem i udało mu się wycisnąć z niej jak najwięcej, dzięki czemu ja mogę teraz wcisnąć do niej całkiem sporo niezbędnych rzeczy. Na przykład wykorzystał przestrzeń nad toaletą i zrobił tam dodatkowe półki. Wybrał też podwieszaną szafkę pod umywalkę, dzięki czemu zyskałam trochę miejsca pod spodem. Drobiazgi, ale jestem z nich zadowolona. Ubolewam jedynie bardzo nad brakiem wanny, ale na szczęście wnętrze kabiny prysznicowej też można jakoś zagospodarować.

To co? Gotowi na zwiedzanie naszej mikroskopijnej łazienki? 🙂

Zaczniemy od wspomnianych wcześniej półek nad toaletą. To tam przechowuję większość kosmetyków. Osobno moje, osobno Męża i osobno dzieci. Z oczywistych względów ja mam do dyspozycji całą półkę i największy pojemnik, no nie mogło być inaczej! Wykorzystałam pojemniki, które miałam jeszcze w starym mieszkaniu – nie są może zbytnio reprezentacyjne i zdecydowanie wolę ich używać w zamkniętych szafkach, ale do tej pory nie znalazłam niczego lepszego, więc są, jakie są. W dużym pojemniku trzymam te kosmetyki, których używam najczęściej. Obok, w małym przezroczystym pojemniku (bystre oczka dostrzegą, że jest to opakowanie po patyczkach do uszu) trzymam kosmetyki o małych pojemnościach, bo strasznie ciężko było je odnaleźć w tym dużym. Na wyższej półce jest pojemnik z kosmetykami męskimi i drugi, z dziecięcymi.

Szafka pod umywalką ma dwie szuflady, w tym górna składa się z dwóch mniejszych. Lewa strona zawiera wszystkie akcesoria do włosów – szczotki, grzebienie oraz osobne pojemniki na gumki i spinki Ninki oraz moje. Wszystko przechowuję w malutkich pojemnikach, ponieważ inaczej traciłabym za dużo czasu na poszukiwania konkretnej rzeczy. Druga górna szuflada to głównie artykuły higieniczne, również w mniejszych pojemnikach. Szuflada dolna to miejsce na lokówki, prostownice, golarki i tym podobne gadżety oraz akcesoria do rytuałów pielęgnacyjnych, czyli na przykład maseczki.

Pod szafką znalazło się miejsce na produkty, na które nie chcę zbyt często patrzeć, ale niestety robię to prawie codziennie, czyli środki do prania. Wiem, że w różnych domach pralki są w różnych pomieszczeniach, ale u nas jest w łazience, więc wszystko, co związane z praniem (oprócz suszarki) trzymam właśnie tutaj. Po lewej środki do prania (na końcu wpisu znajdziecie moją opinię o dwóch nowościach, które testuję – powinny zainteresować wszystkie osoby, dla których ważna jest ekologia oraz te, które mieszkają z alergikami), a po prawej akcesoria i środki używane dużo rzadziej. Lubię to rozwiązanie, ponieważ jest maksymalnym wykorzystaniem dostępnej przestrzeni, a jednocześnie nie rzuca się w oczy.

No i czas na słynną wanienkę! Tak, dobrze widzicie – stoi sobie dumnie na pralce i nie mam zamiaru upychać jej po kątach! Po pierwsze nie mam już wolnych kątów, a po drugie zbyt często jej używamy. Wygląda głupio? Owszem! Ale żyjemy w normalnym domu, a nie katalogu. Poza tym wnętrze wanienki też wykorzystuję – przechowuję w nim pojemnik z zabawkami do kąpieli, a czasem ląduje tam też nocnik (choć ten, ku mej wielkiej radości, jest ostatnio w ciągłym użyciu). Mogłabym ją postawić na podłodze, ale nie jestem przekonana, czy byłaby to zmiana na plus. Tym bardziej, że w okolicy pralki panuje duża pustka. W moim marzeniach miałam nad nią powieszoną małą półeczkę, na której mogłyby stać zrobione przeze mnie detergenty, oczywiście w pięknych szklanych pojemnikach i obowiązkowo z kolorową wstążką, ale bliskość junkersa przekreśliła te plany. Ściana jest więc pusta, mogę tam najwyżej powiesić jakiś plakat, dla zaspokojenia potrzeb estetycznych…

Kabinę prysznicową wykorzystuję do przechowywania kolejnych kosmetyków – mamy zarówno półeczkę narożną, jak i przyczepione dwie dodatkowe na bocznej ścianie. Drobiazgi typu maszynki do golenia i silikonowa szczoteczka, mają swoje osobne miejsce w małej szklance, bo wiecznie przelatywały przez kratkę, co doprowadzało mnie do szału (takie pierdoły czasem potrafią naprawdę uprzykrzyć życie…).

I to wszystko! Po raz kolejny moja jedyna (a zarazem najważniejsza) organizacyjna rada jest następująca – inwestujcie w różnej wielkości pojemniki! A najlepiej wykorzystujcie te, które już macie pod ręką (np. słoiczki).

Dla tych, którzy dotrwali do końca, mam obiecaną recenzję środków do prania. Lubię testować takie nowinki, bo otwierają mi oczy na wiele kwestii. Szczególnie teraz, gdy od kilku miesięcy zmagamy się z dziwnymi uczuleniami Ninki, zwracamy wyjątkową uwagę na to, z czym ma kontakt jej skóra. Wyeliminowanie z diety alergenów nie przyniosło dużej poprawy, więc nadal poszukujemy źródła jej problemów. A ponieważ ostatnio wysypka pojawia się w miejscach obcieranych przez ubrania, to zaczęliśmy podejrzewać środki do prania. Dlatego z dużą nadzieją wypróbowałam dwa nowe produkty.

Pierwszym z nich jest Ekologiczny proszek do prania CLEVER FREE. Nie zawiera substancji, które szkodzą środowisku, jest hipoalergiczny oraz wydajny, a na dodatek producent zapewnia, że jest bardzo skuteczny. Szczerze mówiąc w przypadku tego proszku obawiałam się tylko jednej rzeczy – że pranie będzie po nim bardzo sztywne. Znam ten efekt z prania w niektórych proszkach dla niemowląt i zawsze mi to przeszkadzało. Dlatego też zawsze nałogowo dodawałam do prania duże ilości płynu do płukania. Używając ekologicznego proszku, logiczne było dla mnie, że bez sensu byłoby dodawać do prania płyn, bo z ekologią nie miałoby to już wiele wspólnego. Na szczęście moje obawy okazały się niesłuszne – pranie wyszło miękkie i faktycznie czyste. To znaczy umówmy się – na te cholerne plamy z marchewki to już chyba nic nie pomoże, ale inne „standardowe” zabrudzenia zniknęły bez śladu.

Drugim testowanym przeze mnie produktem jest Clovin II Septon – dezynfekujący, bezfosforanowy proszek do prania. Nazwa długa, ale skład już nie, spokojnie. Przeznaczony jest do pełnej dezynfekcji w warunkach domowych. Likwiduje naprawdę sporą ilość wszelakich paskudztw, które mogą czaić się w naszej pościeli, ręcznikach i ubraniach. Ze względu na swoje właściwości jest świetny dla osób z alergiami skórnymi, czyli coś dla nas. Tutaj również miałam podobne obawy, co do tego, jakie pranie będzie w dotyku, ale znów byłam pozytywnie zaskoczona. Jest miękkie i takie…czyste. Nie potrafię tego określić, takie naprawdę porządnie wyprane. Myślę, że warto mieć choć jedno opakowanie takiego proszku i na przykład używać go na przykład do prania pościeli po chorobie. Na stronie producenta znajdziecie więcej informacji na temat jego właściwości dezynfekujących.

Przejdźmy do ceny – czy opłaca się kupić takie środki? Proszek ekologiczny kosztuje 18,99 zł za 1,68 kg. Proszek dezynfekujący kosztuje 29,99 zł za 3 kg. Porównałam je z cenami proszków przeznaczonych dla niemowląt, ponieważ to one uchodzą za te najdelikatniejsze i najbardziej bezpieczne pod względem składu. I tak, hipoalergiczna Lovela kosztuje 21,99 zł za 1,625 kg (ceny na podstawie drogerii online Rossmann). Bobini kosztuje 22,99 zł za 1,8 kg. Zwykły Vizir o pojemności 2,85 kg kosztuje 34,99 zł. Powiedziałabym więc, że ceny są porównywalne. Niezaprzeczalnie najbezpieczniej byłoby zrobić własny proszek do prania i płyn do płukania, ale bądźmy szczerzy – nie każdy ma na to czas i ochotę (choć zawsze warto spróbować!).

PS. Nie jestem jeszcze w stanie określić, w jakim stopniu zmiana proszku wpłynęła na stan skóry naszej Ninki, ale na dzień dzisiejszy widzę, że nie pojawiają się nowe zmiany, a te dotychczasowe trochę się zmniejszają, więc może jesteśmy na dobrej drodze…

Ufffffff…wyszedł mi z tego całkiem długi wpis! Koniecznie podzielcie się swoimi patentami na małe łazienki oraz zdradźcie, czy jesteście zwolennikami ekologicznego prania!

Organizacyjne wyzwanie – podsumowanie lutego i plany na marzec

Naprawdę nie wiem, dlaczego tak bardzo dziwi mnie fakt, że najkrótszy miesiąc w roku był taki…krótki! Ale tym razem wyjątkowo cieszę się, że tak szybko mi przeleciał, bo początek marca oznacza w końcu koniec zimy (a ta w tym roku wyjątkowo mnie irytowała…). Jak pewnie zauważyliście, na blogu było mnie mało, na Facebooku też, na Instagramie również znacząco mniej. Czy to oznacza, że przez 28 dni leniuchowałam? Nic z tych rzeczy! Miałam momenty niesamowitego przypływu energii do działania, a na dodatek Mąż miał urlop, więc cóż innego mogłam robić, jeśli nie nadrabiać zaległości i oczyszczać dom z gratów? 😉

Oto, co udało mi się zrobić w tym miesiącu, w ramach tegorocznego organizacyjnego wyzwania:

W LUTYM:

– posprzątałam pokój dzieci, włącznie z wypraniem pluszaków i wyniesieniem gigantycznego wora z nieużywanymi zabawki do piwnicy

– zrobiłam też po raz kolejny porządek w ich ubrankach, ale to właściwie muszę robić co miesiąc, bo tak szybko rosną (i niszczą, to swoją drogą)

– wysprzątałam całą sypialnię i pozbyłam się wielu niepotrzebnych rzeczy (szczególnie z pudła z artykułami papierniczymi, który stoi w kącie pokoju)

– przy okazji wyprałam wszystkie koce, poszewki itp.

– zrobiłam porządek w większości kuchennych szafek (zostało mi kilka problematycznych, ale o tym później)

– nadrobiłam też kilka zaległych spraw na mieście, co mnie bardzo cieszy, bo wisiały na mojej liście zadań stanowczo za długo

– zrobiłam porządek w garderobie i po raz setny zreorganizowałam buty (i nadal nie jestem w pełni zadowolona z nowego rozwiązania…)

 

W MARCU PLANUJĘ:

– zrobić w końcu długo odwlekany porządek w łazience (przy okazji będę testować coś bardzo ekologicznego i hipoalergicznego, a że często pytacie o takie środki, to powinno Wam się spodobać!)

– dokończyć porządki w kuchni, czyli zorganizować nieszczęsną szafkę, w której trzymam wszystkie akcesoria do pieczenia (kompletnie nie mam na nią pomysłu…) oraz zrobić przegląd w szafkach z zapasami, bo ciągle odkrywam tam rzeczy, których się nie spodziewam (a to nie świadczy zbyt dobrze o panującym tam porządku)

– wywołać w końcu te cholerne zdjęcia, bo ileż można to odwlekać?! Jestem wściekła sama na siebie, że nie potrafię się zmobilizować i zakończyć tego tematu.

– zrobić porządek w telefonie i na komputerze

– uszczuplić segregator z dokumentami

– no i już obowiązkowo wypełnić PIT, bo to też odwlekam już stanowczo za długo!

 

A jak Wam idą przedwiosenne porządki? Zdążycie ze wszystkim do końca marca? 🙂

 

Organizacyjne wyzwanie – podsumowanie stycznia

Styczeń był zupełnie inny, niż się spodziewałam i planowałam. Myślałam, że zacznę kolejny rok z trochę większą werwą…Tymczasem wydarzyło się bardzo dużo, a ja zrobiłam bardzo mało. No cóż, oby luty był bardziej produktywny!

Wiedziałam już wcześniej, że w 2017 moja aktywność blogowa spadnie, ale nie sądziłam, że do tego stopnia – obiecuję poprawę w lutym!

W tym momencie bardzo się cieszę, że wybrałam bardzo luźną formę tegorocznego organizacyjnego wyzwania, ponieważ nie udało mi się zrealizować zbyt wielu punktów z mojej listy, ale szczęśliwie jest jeszcze trochę czasu!

Obiecałam Wam regularne podsumowania moich działań, zatem oto i one!

W STYCZNIU:
– uzupełniłam wszystkie kalendarze
– zaplanowałam budżet na kolejny rok (i nawet udało mi się trzymać planu i przelałam odpowiednie kwoty na konta oszczędnościowe, choć wyprzedaże kusiły oj kusiły!)
– część wizyt u lekarzy specjalistów mamy już za sobą, kilka jeszcze przed nami
– zrobiłam gruntowny porządek w torebkach, kosmetyczkach, portfelu, a także w kosmetykach do makijażu i pudle z zapasami
– nie zdążyłam za to uporządkować i wywołać zdjęć z 2016 (został mi jeszcze listopad i grudzień; muszę też odnaleźć zdjęcia z pierwszych trzech miesięcy ubiegłego roku, bo o zgrozo gdzieś zniknęły!)
– nie zdążyłam też zrobić porządku w łazience, czyli właściwie zostały mi te najbardziej czasochłonne zadania…

A co Wam udało się zrobić w tym miesiącu?