Browsing Category: ORGANIZACJA

Jak zrobić porządek w smartfonie?

Bardzo lubię porządkować to, czego używam najczęściej. Moje ubrania, kosmetyki, torebkę albo najczęściej używaną szufladę w kuchni…Głównie ponieważ wiem, że będę mogła od razu cieszyć się efektem i regularnie delektować się tym widokiem. Sprzątanie piwnicy, do której zaglądam sporadycznie, jakoś nie wiąże się z takim entuzjazmem, choć nie da się ukryć, że jest przydatne. Wspomnianą wcześniej radość daje mi często uporządkowanie zawartości mojego telefonu. Od razu mam większe poczucie kontroli! Na porządek w smartfonie trzeba poświęcić maksymalnie 30 minut, a potem już tylko oddychać z ulgą za każdym razem, gdy będziemy z niego korzystać. Jakie są moje sposoby na ogarnięcie chaosu ikonek?

  • ANTYWIRUS. Po pierwsze, czyszczenie telefonu ma nie tylko sprawić, że nasz pulpit będzie ładnie wyglądał, ale także pomóc pozbyć się niepotrzebnych śmieci, które spowalniają urządzenie. Mój telefon jest wypchany plikami do granic możliwości, więc często używam aplikacji typu Clean Master albo Super Cleaner, za pomocą których można nie tylko usunąć to, co niepotrzebne, ale też sprawdzić, które aplikacje są przez nas niezbyt często używane (więc możemy je spokojnie usunąć).
  • USUWANIE ZDJĘĆ I FILMIKÓW. Odkąd mam dwójkę dzieci, które fotografuję bez opamiętania, non stop wyświetlają mi się komunikaty, że pamięć jest prawie pełna. Muszę zatem regularnie oczyszczać wszystkie foldery, do czego wszystkich gorąco zachęcam. Może raz w tygodniu? Byłoby świetnie! Moje pliki zapisują się automatycznie w Dropbox, skąd kopiuję je na komputer, do odpowiednich folderów. Regularnie przeglądam też foldery z pobranymi plikami i usuwam to, co jest już niepotrzebne.
  • UŁOŻENIE APLIKACJI WEDŁUG INDYWIDUALNYCH PREFERENCJI. Szczerze mówiąc, gdy zaczęłam sobie analizować, na ile sposobów można zorganizować aplikacje, byłam w szoku! Wyszłam z założenia, że są tylko dwie: chaos lub foldery. Nic pomiędzy. Ale im dłużej o tym myślałam, tym więcej pomysłów przychodziło mi do głowy. Wszystko zależy bowiem od tego, jaki się ma system zapamiętywania. Na przykład wzrokowcom najłatwiej będzie ułożyć aplikacje kolorystycznie (swoją drogą to musi pięknie wyglądać, taka tęcza!). Inni zapamiętują aplikacje po nazwie, więc mogą wybrać system alfabetyczny. Można na jednej stronie pogrupować aplikacje związane z komunikacją, na drugiej narzędzia, a na trzeciej rozrywkę, i tak dalej. Foldery można tworzyć na różne sposoby. Ja grupuję je tematycznie, np. mam folder ZAKUPY, FIT, FOTO itp. Ale można też pogrupować je według wykonywanych czynności, czyli np. CZYTAJ, ĆWICZ, GOTUJ itp. Możliwości jest nieskończenie wiele!
  • REGULARNE POWTARZANIE WSZYSTKICH CZYNNOŚCI. Niestety tak to już z tymi telefonami jest, że zapełniają się niezwykle szybko, więc wszystkie powyższe kroki dobrze jest powtarzać w miarę regularnie, by móc sprawnie korzystać ze wszystkich technologicznych udogodnień.

Jak często robicie porządek w smartfonie? W jaki sposób grupujecie pliki?

Planowanie posiłków dla rodziny z dziećmi + przykładowe menu

Wszyscy wiemy, że planowanie posiłków dla rodziny z dziećmi to czysta przyjemność, prawda? A im więcej kaprysów, indywidualnych preferencji i alergii pokarmowych, tym lepiej! Bo przecież my, żony i mamy, uwielbiamy wyzwania, zgadza się? Dziś będzie właśnie o takim uroczym wyzwaniu, jakim bez wątpienia jest wyżywienie kilkuosobowej rodziny. Oczywiście posłużę się przykładem naszej czwórki, bo im dłużej o tym myślę, tym bardziej stwierdzam, że jako szefowa kuchni mam przerąbane!

Pozwólcie, że opiszę Wam w kilku zdaniach, jak wygląda żywienie każdego członka naszej rodziny, zaczynając od najstarszego:

  • Mąż – przy swoim trybie życia i regularnych treningach powinien spożywać naprawdę sporo. Je nieregularnie, głównie poza domem (praca), apetyt najbardziej dopisuje mu wieczorem. Obiad bez mięsa jest jego zdaniem niekompletny, ale jak się za chwilę przekonacie, musi z tym jakoś żyć. Nie lubi jeść tego samego dwa dni pod rząd. Ulubione dania: cokolwiek z mięsem oraz pizza o każdej porze dnia i nocy.
  • Ja – wielokrotnie słyszałam, że w kwestii jedzenia jestem „dziwna”. Nie lubię pomidorów, ale przecier pomidorowy uwielbiam. Nie lubię jeść zielonego ogórka, ale lubię pić z nim wodę. Nie znoszę pistacji, które ponoć wszyscy uwielbiają. Nie przepadam za mięsem. Nie lubię sushi i ogólnie kuchni azjatyckiej…Mogłabym tak wymieniać jeszcze długo, ale szkoda na to czasu. Uwielbiam wszystko, co ma w sobie ziemniaki i ser, w każdej kombinacji. Trochę to się kłóci z moim postanowieniem zdrowego odżywiania, które stopniowo wprowadzam do naszego domu.
  • Ninka (aktualnie 2,5 roku) – do niedawna dziecko jedzące wszystko, od niedawna wybredny alergik. Uczula ją albumina surowicy bydlęcej (białko występujące w mleku, na szczęście alergen ginie po obróbce termicznej), wołowina i jej ukochane (i nasze też) banany. Gdyby sama mogła decydować, jadłaby tylko owoce i lody. No i kabanoska. Ostatnio 90% posiłków, które jej podaję, komentuje swoim standardowym „to niedobre”, ale coś tam zjada. Często zaskakuje nas zmianami swoich preferencji, trudno za nią nadążyć.
  • Karolek (aktualnie prawie 10 miesięcy) – w trakcie rozszerzania diety. Po etapie papek przechodzimy powoli na BLW. Na razie nie grymasi, zjada wszystko z apetytem ( a raczej zaciekawieniem). Oczywiście bardzo zależy mi na tym, by odżywiał się jak najlepiej.

Dla tych wszystkich indywidualności muszę stworzyć takie menu, które zaspokoi apetyt, uwzględni indywidualne smaki, zagwarantuje odpowiednią ilość warzyw, a na dodatek będzie zdrowe, tanie i łatwe do wykonania. W większości rodzin to dzieci dostosowują się do tego, co jedzą dorośli. U nas, ze względu na alergie pokarmowe Ninki, musieliśmy ten system odwrócić. A ponieważ oboje z Mężem mamy mocne postanowienie poprawienia naszych nawyków żywieniowych, przejście na urozmaicone i zdrowe menu „dziecięce” wydaje się być rozwiązaniem idealnym. Poszłam jeszcze o krok dalej i uznałam, że rozszerzanie diety Karolka może być świetnym sposobem na to, by ponownie przekonać Ninkę do pewnych produktów, które na przestrzeni ostatnich miesięcy znielubiła. Czy to oznacza, że cała nasza rodzina jada aktualnie same papki i musy? Nie! Postanowiłam wykorzystać przepisy BLW i wpleść je w nasze menu. Jestem zachwycona tym rozwiązaniem! Cała nasza czwórka poznaje nowe smaki, mam milion nowych przepisów, a na dodatek nasze spożycie warzyw zdecydowanie wzrosło, więc nikt nie ma powodów do narzekań. Nie stosujemy tych zasad przy wszystkich posiłkach, na razie głównie przy drugich śniadaniach i obiadach.

Nasze posiłki w ciągu dnia rozkładają się następująco:

7:00 – Karolek mleko

7:30-8:00 – Ninka i ja jemy razem śniadanie (ostatnio bardzo często robimy sobie smoothie, pije je też mój mąż przed wyjściem do pracy)

10:00 – Ninka i Karolek jedzą kaszkę/kleik/owsiankę/jaglankę z owocami, a ja same owoce

13:00 – wszyscy jemy zupę, a po powrocie ze spaceru drugie danie

16:00 – jeśli wracamy ze spaceru późno, to jemy drugie danie, a jeśli zjedliśmy je szybciej, to jemy jakąś przekąskę

18:30 – Ninka je z rodzicami kolację

19:00 – Karolek pije mleko

W międzyczasie zdarzają się przekąski, Karolek z uwagi na ząbkowanie lubi podrapać dziąsła kawałkiem bułki lub chrupkami kukurydzianymi, a Ninka najchętniej podjada musy, pałeczki serowe (z pasteryzowanego mleka, więc jej nie uczulają) lub też chrupki.

Nasz plan dnia nadal jest podobny do tego, który opisywałam Wam w październiku, przy czym po pierwsze Karolek nie śpi już tyle w ciągu dnia (choć nadal ma minimum dwie drzemki), a po drugie pogoda się poprawia i wiele zależy od tego, jak dużo czasu spędzamy na świeżym powietrzu.

Obiecywałam, że podam kilka naszych ulubionych przepisów, więc oto i one! Mój system wyszukiwania przepisów jest bardzo prosty – szukam tych odpowiednich dla niemowlaków w wieku Karolka, po czym wybieram z nich to, co moim zdaniem zasmakuje nam wszystkim. Wersję dla dzieci robię z małą ilością przypraw, sobie doprawiam ciut mocniej, a Mężowi sypię ich sto razy więcej i robię podwójne porcje. Jeśli mam wyjątkowo dobry humor, a danie jest wegetariańskie, to czasem z dobroci serca dorzucam mu kawałek mięsa 😉

ŚNIADANIA: jemy głównie jajka pod każdą postacią, sery żółte, kabanosy (polecam Kabanosy z kurczaka Konspol z Biedronki, mają rewelacyjny skład!), pieczywo i jakieś warzywa. Zawsze jestem zaskoczona, jak wiele można zrobić z kilku składników! Zaczynając od prostej jajecznicy, po wytrawne omlety, mniam! Czasem jemy też śniadania na słodko, ale zdecydowanie rzadziej, ja wolę zacząć dzień od czegoś konkretnego.

Wytrawne grzanki z awokado (Ala’Antkowe BLW)

Puszysty omlet serowy (Ala’Antkowe BLW)

Naleśniki jaglane z karobem (Mama Alergika Gotuje)

Jajko zapiekane z warzywami (Kuchnia Bobasa)

DRUGIE ŚNIADANIE: zależało mi na czymś, co z chęcią zje zarówno niemowlak, jak i trochę starsze dziecko, więc wybór padł na różnego rodzaju kaszki. Ninka na początku trochę się opierała, bo choć swego czasu jadała je codziennie, to jednak jakoś ten zwyczaj zaczął z czasem zanikać. Teraz jednak, gdy widzi, że jej brat tak ochoczo się nimi zajada, postanowiła brać z niego przykład. Czasem w kaszkach ląduje mus owocowy, innym razem rozdrobnione owoce. Kaszki robię korzystając z przepisów podanych w poniższym artykule:

10 przepisów na domowe kaszki (Dzieci Są Ważne)

OBIAD: przepisów na zupy podawać nie będę, bo każdy ma swoje sprawdzone sposoby na tą idealną, ale z przyjemnością podrzucę Wam kilka pomysłów na dania obiadowe! My kochamy makarony i uważam, że są świetne dla małych dzieci, bo łatwo je wziąć w rączkę lub nabić na widelec. Ostatnio coraz częściej robię też wszelkiego rodzaju placuszki, kuleczki, pulpeciki, kotleciki i inne potrawy o zwartej konsystencji.

Makaron z pietruszkowym pesto (BLW Mama)

Marchewkowe tagliatelle z soczewicą (BLW Mama)

Delikatne pulpety z dorsza w sosie śmietanowym (Ala’Antkowe BLW)

Placki ziemniaczane z batatem (Mama Alergika Gotuje)

KOLACJA: ostatni posiłek to dla nas gigantyczne wyzwanie. Nie ukrywam, że żarłoczność dopada nas zazwyczaj wieczorem i najchętniej jedlibyśmy dużo, tłusto i koniecznie serowo…No ale dla dobra ogółu ograniczamy pizzę do jednego razu w tygodniu i robimy ją sami od podstaw, a w pozostałe dni jemy coś lżejszego. Albo kanapki, kanapki zawsze się sprawdzą. Często dojadamy też zupy, ale najbardziej chyba kochamy tortille!

Smakowite zawiniątka w tortilli lub naleśniku (Familie)

Pasta kanapkowa „pomidorowy hummus” (Ala’Antkowe BLW)

Pasta jajeczna z ziarnami (Ala’Antkowe BLW)

Domowa pizza orkiszowa (Mama Alergika Gotuje) – korzystamy z przepisu na ciasto, dodatki dobieramy indywidualnie

 

Jeśli chodzi o kwestie techniczne, takie jak proces wybierania dań, tworzenie listy zakupów itp., to aktualnie stosujemy elastyczny sposób planowania posiłków, o którym pisałam jakiś czas temu. W skrócie – mamy swoje ulubione dania, a składniki potrzebne do ich wykonania zawsze w pogotowiu, więc w razie kaprysów możemy trochę pozmieniać menu, bez ryzyka generowania niepotrzebnych resztek.

No to teraz kolej na Was! Jak Wy radzicie sobie z planowaniem posiłków dla siebie i dzieci? 

 

Ponad 20 pomysłów na produktywne wykorzystanie 5 minut

Żołądki moich dzieci są dla mnie lepszym wyznacznikiem czasu, niż najlepszy szwajcarski zegarek. Gdy kładę je na południową drzemkę, mam 95% pewności, że obudzą się punktualnie o 13:00 i momentalnie będą oczekiwać ciepłego obiadu na stole. Dlatego też, gdy już zasną około 11:30, ja rzucam się do realizacji tych zadań z mojej listy, które w ich obecności byłyby trudne do wykonania (np. trening albo praca przy komputerze). Po 12:30 zaczynam już jednak odczuwać lekką presję czasu i zazwyczaj zaczynam szykować coś do jedzenia. Zwarta i gotowa, czekam. Zazwyczaj udaje nam się perfekcyjnie zsynchronizować, ale czasem dzieje się coś dziwnego. Mija 13:05, a nikt nie przywołuje mnie zniecierpliwionym płaczem. Mija 13:10, a oni nawet się nie wiercą. Czekam. Siedzę i czekam, bo przecież wiadomo, że gdy tylko rozsiądę się wygodnie z książką, to któreś się obudzi. Czasem na takim czekaniu marnuję kwadrans, ale zdarza się i godzinę (to już prawie cud i  wtedy czas upływa mi na zastanawianiu się, czym zasłużyłam na taką łaskę). Fajnie tak nic nie robić, ale z drugiej strony trochę marnuję cenny czas…Na takie okoliczności, a także inne podobne sytuacje, kiedy na przykład czekamy, aż pralka skończy prać albo wyszykowaliśmy się za szybko i do wyjścia z domu zostało kilka minut, warto mieć przygotowaną listę rzeczy, które można zrobić, by produktywnie wykorzystać czas. Bo choć wszyscy zazwyczaj siadamy wtedy do przeglądania Facebooka, to jednak nie jest to jedyna opcja. I właśnie na takie chwile, na te moje szczęśliwe wyjątkowe okoliczności, przygotowałam poniższą listę, którą z przyjemnością się z Wami podzielę!

CO MOŻESZ ZROBIĆ W 5 MINUT?

  • zaplanować kolejny dzień/tydzień
  • zrobić listę zakupów
  • wybrać ubrania na następny dzień
  • sprawdzić stan konta, a nawet zrobić jakiś zaległy przelew
  • zmienić hasła (do maila/profili społecznościowych itd.)
  • opróżnić kosz (na mailu lub komputerze)
  • usunąć z telefonu nieużywane aplikacje
  • napisać maila
  • umówić się na wizytę do lekarza/kosmetyczki/fryzjera
  • uzupełnić papier w drukarce
  • wymienić baterie w często używanych urządzeniach
  • wymienić żarówkę
  • wypolerować lustro
  • wyczyścić buty
  • umyć toaletę
  • przetrzeć kuchenne blaty
  • pościelić łóżko
  • podlać kwiaty
  • posegregować pranie
  • zrobić porządek w portfelu
  • wywietrzyć wszystkie pomieszczenia
  • przeczytać krótki artykuł

Ta lista to zaledwie wierzchołek góry lodowej – jestem pewna, że możecie do niej dodać jeszcze wiele zadań! Najważniejsze, by nie marnować czasu, choć z drugiej strony odrobina odpoczynku też nam się należy, prawda? 😉

Podsumowanie marca i organizacyjnego wyzwania

Nie udało mi się. Całkowicie poległam z realizacją moich marcowych planów. Niestety ten miesiąc nie był zbyt łaskawy dla naszej rodziny i po prostu zabrakło sił i energii na robienie czegokolwiek, poza zwykłymi obowiązkami pomagającymi nam sprawnie funkcjonować każdego dnia.

Patrzę na moją listę zadań, którą stworzyłam pod koniec lutego i nie wygląda to zbyt ciekawie. Owszem, ogarnęłam łazienkę i pokazałam Wam kilka organizacyjnych trików, ale na tym koniec sukcesów w marcu. Mam już gigantyczne zaległości w porządkowaniu zdjęć, nadal nie ogarnęłam naszych PIT-ów, a o uporządkowaniu kilku kuchennych szafek to już nawet w najbliższej przyszłości nie marzę…Mam nadzieję, że w kwietniu w końcu się otrząsnę z tego letargu, przestanę zasypiać wieczorem razem z dziećmi i nabiorę werwy do działania.

Wiem, że wielu z Was udało się zrealizować wiele punktów kwartalnego organizacyjnego wyzwania i to nawet w o wiele krótszym czasie – serdecznie gratuluję! Teraz możecie w spokoju cieszyć się wiosną i przygotowywać do Świąt Wielkanocnych! (Jeśli jednak nadal czujecie niedosyt, proponuję jeszcze dodatkowo Domowy Detox)

Już nawet nie będę się wygłupiać z obiecywaniem powrotu do regularnego publikowania nowych postów, ale jeśli takowy się pojawi, to na pewno poinformuję o tym na Facebooku i Instagramie.

Życzę Wam słonecznego i produktywnego kwietnia 🙂

Jak zorganizować małą łazienkę + test ekologicznych środków do prania

Czy tylko ja odnoszę wrażenie, że większość łazienkowych inspiracji jest stworzona z myślą o bezdzietnych singlach, zafascynowanych ideą minimalizmu? Nie ukrywam, że bardzo mi się podobają te białe wnętrza z kwiatami, dopasowanymi kolorystycznie kosmetykami i szklanymi umywalkami, ale po chwili zachwytu zawsze przychodzi refleksja – gdzie w takiej łazience ukryć dziecięcą wanienkę, niezliczone ilości zabawek do kąpieli, wszystkie moje kosmetyki i inne gadżety, które posiadają magiczną moc upiększania? No gdzie? Oczywiście można kupić składaną wanienkę Stokke i mieć część problemów z głowy, ale ja wolałam wydać 20 zł na tą z IKEI, więc rozterki pozostały. Dzisiaj postanowiłam pokazać Wam, jak bardzo moja łazienka różni się od tych pokazywanych w katalogach oraz zaprezentować, jakie organizacyjne rozwiązania w niej zastosowałam. Raczej wątpię, żeby ktokolwiek chciał sobie te zdjęcia zapisać i podziwiać, ale tym razem chodzi o kwestie praktyczne. Wiem, że większość osób mieszkających w blokach ma podobne problemy, więc to właśnie z myślą o Was powstał ten wpis!

Na początek krótkie wyjaśnienie. Nasze mieszkanie kupiliśmy wiosną ubiegłego roku, poprzedni właściciele zrobili w nim generalny remont. Były już w nim położone podłogi, pomalowane ściany, wstawione nowe drzwi, no i gotowa łazienka. Niczego w niej nie zmienialiśmy, więc jej obecny układ jest zasługą poprzedniego właściciela. Moim zdaniem wykazał się on dużym sprytem i udało mu się wycisnąć z niej jak najwięcej, dzięki czemu ja mogę teraz wcisnąć do niej całkiem sporo niezbędnych rzeczy. Na przykład wykorzystał przestrzeń nad toaletą i zrobił tam dodatkowe półki. Wybrał też podwieszaną szafkę pod umywalkę, dzięki czemu zyskałam trochę miejsca pod spodem. Drobiazgi, ale jestem z nich zadowolona. Ubolewam jedynie bardzo nad brakiem wanny, ale na szczęście wnętrze kabiny prysznicowej też można jakoś zagospodarować.

To co? Gotowi na zwiedzanie naszej mikroskopijnej łazienki? 🙂

Zaczniemy od wspomnianych wcześniej półek nad toaletą. To tam przechowuję większość kosmetyków. Osobno moje, osobno Męża i osobno dzieci. Z oczywistych względów ja mam do dyspozycji całą półkę i największy pojemnik, no nie mogło być inaczej! Wykorzystałam pojemniki, które miałam jeszcze w starym mieszkaniu – nie są może zbytnio reprezentacyjne i zdecydowanie wolę ich używać w zamkniętych szafkach, ale do tej pory nie znalazłam niczego lepszego, więc są, jakie są. W dużym pojemniku trzymam te kosmetyki, których używam najczęściej. Obok, w małym przezroczystym pojemniku (bystre oczka dostrzegą, że jest to opakowanie po patyczkach do uszu) trzymam kosmetyki o małych pojemnościach, bo strasznie ciężko było je odnaleźć w tym dużym. Na wyższej półce jest pojemnik z kosmetykami męskimi i drugi, z dziecięcymi.

Szafka pod umywalką ma dwie szuflady, w tym górna składa się z dwóch mniejszych. Lewa strona zawiera wszystkie akcesoria do włosów – szczotki, grzebienie oraz osobne pojemniki na gumki i spinki Ninki oraz moje. Wszystko przechowuję w malutkich pojemnikach, ponieważ inaczej traciłabym za dużo czasu na poszukiwania konkretnej rzeczy. Druga górna szuflada to głównie artykuły higieniczne, również w mniejszych pojemnikach. Szuflada dolna to miejsce na lokówki, prostownice, golarki i tym podobne gadżety oraz akcesoria do rytuałów pielęgnacyjnych, czyli na przykład maseczki.

Pod szafką znalazło się miejsce na produkty, na które nie chcę zbyt często patrzeć, ale niestety robię to prawie codziennie, czyli środki do prania. Wiem, że w różnych domach pralki są w różnych pomieszczeniach, ale u nas jest w łazience, więc wszystko, co związane z praniem (oprócz suszarki) trzymam właśnie tutaj. Po lewej środki do prania (na końcu wpisu znajdziecie moją opinię o dwóch nowościach, które testuję – powinny zainteresować wszystkie osoby, dla których ważna jest ekologia oraz te, które mieszkają z alergikami), a po prawej akcesoria i środki używane dużo rzadziej. Lubię to rozwiązanie, ponieważ jest maksymalnym wykorzystaniem dostępnej przestrzeni, a jednocześnie nie rzuca się w oczy.

No i czas na słynną wanienkę! Tak, dobrze widzicie – stoi sobie dumnie na pralce i nie mam zamiaru upychać jej po kątach! Po pierwsze nie mam już wolnych kątów, a po drugie zbyt często jej używamy. Wygląda głupio? Owszem! Ale żyjemy w normalnym domu, a nie katalogu. Poza tym wnętrze wanienki też wykorzystuję – przechowuję w nim pojemnik z zabawkami do kąpieli, a czasem ląduje tam też nocnik (choć ten, ku mej wielkiej radości, jest ostatnio w ciągłym użyciu). Mogłabym ją postawić na podłodze, ale nie jestem przekonana, czy byłaby to zmiana na plus. Tym bardziej, że w okolicy pralki panuje duża pustka. W moim marzeniach miałam nad nią powieszoną małą półeczkę, na której mogłyby stać zrobione przeze mnie detergenty, oczywiście w pięknych szklanych pojemnikach i obowiązkowo z kolorową wstążką, ale bliskość junkersa przekreśliła te plany. Ściana jest więc pusta, mogę tam najwyżej powiesić jakiś plakat, dla zaspokojenia potrzeb estetycznych…

Kabinę prysznicową wykorzystuję do przechowywania kolejnych kosmetyków – mamy zarówno półeczkę narożną, jak i przyczepione dwie dodatkowe na bocznej ścianie. Drobiazgi typu maszynki do golenia i silikonowa szczoteczka, mają swoje osobne miejsce w małej szklance, bo wiecznie przelatywały przez kratkę, co doprowadzało mnie do szału (takie pierdoły czasem potrafią naprawdę uprzykrzyć życie…).

I to wszystko! Po raz kolejny moja jedyna (a zarazem najważniejsza) organizacyjna rada jest następująca – inwestujcie w różnej wielkości pojemniki! A najlepiej wykorzystujcie te, które już macie pod ręką (np. słoiczki).

Dla tych, którzy dotrwali do końca, mam obiecaną recenzję środków do prania. Lubię testować takie nowinki, bo otwierają mi oczy na wiele kwestii. Szczególnie teraz, gdy od kilku miesięcy zmagamy się z dziwnymi uczuleniami Ninki, zwracamy wyjątkową uwagę na to, z czym ma kontakt jej skóra. Wyeliminowanie z diety alergenów nie przyniosło dużej poprawy, więc nadal poszukujemy źródła jej problemów. A ponieważ ostatnio wysypka pojawia się w miejscach obcieranych przez ubrania, to zaczęliśmy podejrzewać środki do prania. Dlatego z dużą nadzieją wypróbowałam dwa nowe produkty.

Pierwszym z nich jest Ekologiczny proszek do prania CLEVER FREE. Nie zawiera substancji, które szkodzą środowisku, jest hipoalergiczny oraz wydajny, a na dodatek producent zapewnia, że jest bardzo skuteczny. Szczerze mówiąc w przypadku tego proszku obawiałam się tylko jednej rzeczy – że pranie będzie po nim bardzo sztywne. Znam ten efekt z prania w niektórych proszkach dla niemowląt i zawsze mi to przeszkadzało. Dlatego też zawsze nałogowo dodawałam do prania duże ilości płynu do płukania. Używając ekologicznego proszku, logiczne było dla mnie, że bez sensu byłoby dodawać do prania płyn, bo z ekologią nie miałoby to już wiele wspólnego. Na szczęście moje obawy okazały się niesłuszne – pranie wyszło miękkie i faktycznie czyste. To znaczy umówmy się – na te cholerne plamy z marchewki to już chyba nic nie pomoże, ale inne „standardowe” zabrudzenia zniknęły bez śladu.

Drugim testowanym przeze mnie produktem jest Clovin II Septon – dezynfekujący, bezfosforanowy proszek do prania. Nazwa długa, ale skład już nie, spokojnie. Przeznaczony jest do pełnej dezynfekcji w warunkach domowych. Likwiduje naprawdę sporą ilość wszelakich paskudztw, które mogą czaić się w naszej pościeli, ręcznikach i ubraniach. Ze względu na swoje właściwości jest świetny dla osób z alergiami skórnymi, czyli coś dla nas. Tutaj również miałam podobne obawy, co do tego, jakie pranie będzie w dotyku, ale znów byłam pozytywnie zaskoczona. Jest miękkie i takie…czyste. Nie potrafię tego określić, takie naprawdę porządnie wyprane. Myślę, że warto mieć choć jedno opakowanie takiego proszku i na przykład używać go na przykład do prania pościeli po chorobie. Na stronie producenta znajdziecie więcej informacji na temat jego właściwości dezynfekujących.

Przejdźmy do ceny – czy opłaca się kupić takie środki? Proszek ekologiczny kosztuje 18,99 zł za 1,68 kg. Proszek dezynfekujący kosztuje 29,99 zł za 3 kg. Porównałam je z cenami proszków przeznaczonych dla niemowląt, ponieważ to one uchodzą za te najdelikatniejsze i najbardziej bezpieczne pod względem składu. I tak, hipoalergiczna Lovela kosztuje 21,99 zł za 1,625 kg (ceny na podstawie drogerii online Rossmann). Bobini kosztuje 22,99 zł za 1,8 kg. Zwykły Vizir o pojemności 2,85 kg kosztuje 34,99 zł. Powiedziałabym więc, że ceny są porównywalne. Niezaprzeczalnie najbezpieczniej byłoby zrobić własny proszek do prania i płyn do płukania, ale bądźmy szczerzy – nie każdy ma na to czas i ochotę (choć zawsze warto spróbować!).

PS. Nie jestem jeszcze w stanie określić, w jakim stopniu zmiana proszku wpłynęła na stan skóry naszej Ninki, ale na dzień dzisiejszy widzę, że nie pojawiają się nowe zmiany, a te dotychczasowe trochę się zmniejszają, więc może jesteśmy na dobrej drodze…

Ufffffff…wyszedł mi z tego całkiem długi wpis! Koniecznie podzielcie się swoimi patentami na małe łazienki oraz zdradźcie, czy jesteście zwolennikami ekologicznego prania!