Browsing Category: ORGANIZACJA

Jak po kryzysie powrócić do zorganizowanego życia?

Zdarza się to chyba każdemu. Albo przynajmniej zdarzyło raz. Moment w życiu, kiedy nie ma się na nic siły, kiedy dopada choroba, liczne wyjazdy, nagłe kryzysy. Czas, kiedy sprzątanie i organizowanie jest ostatnią rzeczą, o której się myśli. Dni, które błyskawicznie zmieniają się w tygodnie, podczas których nie udaje się zrealizować nawet połowy zamierzonych planów. Rośnie lista zadań, rosną sterty prania i nieumytych naczyń. Rosną też wyrzuty sumienia. Czy z tej sytuacji da się w miarę sprawnie wyjść? Oczywiście, że tak i dziś pokażę Wam jak, ponieważ niedawno sama musiałam po chwilowym kryzysie powrócić do zorganizowanego życia! U mnie problem zaczął się już w połowie wiosny, a apogeum chaosu osiągnęłam podczas wakacji, kiedy to każdą wolną chwilę spędzaliśmy na świeżym powietrzu, a do domu wpadaliśmy głównie na posiłki, no i spanie. Wiele spraw zaczęłam odkładać na później, na wiele kwestii zaczęłam przymykać oko, aż w końcu nadszedł wrzesień, Ninka poszła do przedszkola, a ja uznałam, że to najlepszy moment na powrót na dobrą organizacyjną ścieżkę. Oto, co zrobiłam:

  • LISTA ZADAŃ. Zapisałam sobie na kartce WSZYSTKO, od najdrobniejszych zadań, aż po te bardzo absorbujące. Chciałam wyrzucić z głowy wszystkie sprawy, które gdzieś tam przechodziły mi przez myśl, żeby uniknąć tego irytującego uczucia typu coś chyba jeszcze miałam zrobić. Następnie wszystkie te informacje zapisałam sobie w Trello, żeby mieć je zawsze przy sobie. Trochę czasu mi to zajęło, ale w końcu mam poczucie, że odzyskuję kontrolę nad zadaniami. Mam tu na myśli głównie prace domowe, bo z tych zawodowych zawsze staram się wywiązywać terminowo. Upewniłam się też, że wszystkie ważne terminy mam wpisane w kalendarz.
  • MAŁE ORGANIZACYJNE ZADANIE NA KAŻDY DZIEŃ. Niedawno pokazywałam Wam moje ulubione biurowe gadżety do organizacji. Tworzyłam ten wpis na początku mojego powrotu do uporządkowanego życia i wciąż bardzo przydaje mi się stojący „The One Thing” planer, w którym zapisuję sobie moje priorytety na dany dzień. Nie ograniczam się do jednego, zazwyczaj jest ich kilka, ale teraz każdego dnia dodaję sobie też jakieś typowo porządkowo-organizacyjne zadanie, o którym wiem, że nie zajmie mi więcej, niż 15 minut. Zazwyczaj jest to porządek w której szufladzie albo np. umycie frontów szafek. Bardzo polecam rozłożenie sobie wszystkich organizacyjnych projektów w czasie – szczególnie, jeśli macie go stosunkowo mało.
  • NAJBARDZIEJ „BAŁAGANIĄCE” ZADANIA JAKO TYGODNIOWY PRIORYTET. Małe zadania, o których wspominam wyżej, to pikuś w porównaniu do tych, które wiążą się ze zrobieniem dużego chaosu. Dla mnie takim niezwykle „bałaganiącym” zadaniem jest np. posegregowanie wszystkich naszych ubrań, przygotowanie ich na sprzedaż, zrobienie zdjęć i wystawienie na aukcjach. Dopóki tego nie zrobię, kartony z ubraniami będą tarasować przedpokój, dlatego chcę mieć to już za sobą. Nie zrobię tego w 15 minut, ale jeśli zaplanuję odpowiednio wcześniej, to mogę wybrać dzień, kiedy np. Mąż będzie w domu i mi pomoże, a dzieci będę mogła podrzucić na ten czas Babci. Podobnie np. z dokładnym myciem kanap, porządkach w jakiejś bardzo zagraconej szafie itp. Dobrze jest wykonać chociaż jedno cięższe zadanie w tygodniu, by stopniowo dochodzić do stanu sprzed kryzysu.
  • ZASADA 3 MINUT. Wróciłam też do słynnej zasady, według której jeśli dana czynność zajmie mniej niż 3 minuty, to należy wykonać ją od razu, bez odkładania na później – to działa!
  • CODZIENNA RUTYNA. O tym, jak wygląda nasz typowy dzień (teraz, gdy Ninka chodzi do przedszkola, a ja pracuję w domu i opiekuję się przy tym Karolkiem) opowiem Wam w innym wpisie, ale fakt jest taki, że postanowiłam te zmiany w harmonogramie wykorzystać i stworzyć nam nowy plan dnia, wplatając w niego pewne automatycznie wykonywane czynności, dzięki którym nasz dom wygląda teraz trochę lepiej, niż podczas wakacji 😉 Szczegóły niebawem!
  • PLANOWANIE POSIŁKÓW. A ja znowu jak zdarta płyta, ciągle o planowaniu menu 😉 Ale prawda jest taka, że to pomaga i pozwala unikać marnowania czasu na codzienne bieganie w panice na zakupy (gdy ten czas można lepiej spożytkować). Na początek polecam spróbować tak komponować przepisy, by wykorzystać jak największą ilość dostępnych w domu produktów. One nie są wieczne, a te stojące gdzieś w rogu szafki mogą już zbliżać się do końca terminu przydatności, więc warto wysunąć je na przód i jak najszybciej zjeść.
  • INSPIRACJA. Nic, absolutnie nic, nie motywuje mnie tak bardzo do robienia porządków, jak widok pięknie zorganizowanych wnętrz! Zazwyczaj wieczorem, na sam koniec dnia, daję sobie chwilę na przeglądanie Pinterest i wzdychanie do tych wszystkich idealnie uporządkowanych spiżarni…Tutaj możecie zobaczyć tablice z moimi inspiracjami.
  • CZAS DLA SIEBIE. Utrzymanie porządku jest dla mnie ważne, ale zawsze obowiązkowo znajduję czas na odpoczynek i chwilę na swoje przyjemności. To dla mnie bardzo ważne, bo gdybym od rana do wieczora tylko sprzątała i ustawiała książki w równym rządku, to byłabym bardzo nieszczęśliwą i sfrustrowaną kobietą. A tego chyba nie chce nikt 😉 Umiar to słowo klucz!

To tyle! Wygląda na to, że aby powrócić do zorganizowanego życia trzeba po prostu…zacząć coś robić! Bardzo polecam Wam także ten wpis, w którym opisuję krok po kroku, jak zacząć organizację życia i domu (zawiera wiele przydatnych linków!) 🙂

 

Moje ulubione gadżety biurowe do organizacji

Kupowanie różnych drobiazgów w sklepie papierniczym jest dla mnie wyjątkowo przyjemnym doznaniem. Z lubością grzebię w stosach zeszytów, długopisów i samoprzylepnych karteczek, w poszukiwaniu tych idealnych. Mój Mąż już tylko kręci głową, gdy wracam do domu z kolejnym gadżetem, ale co ja na to poradzę, że (a) wyglądają super, (b) na pewno KIEDYŚ je wykorzystam, (c) zazwyczaj nie są zbyt kosztowne, więc to takie niewinne hobby…Podobnie sprawa wygląda z wszelkiego rodzaju kalendarzami – nic przecież nie stoi na przeszkodzie, by mieć osobny na każdą dziedzinę życia, prawda? Tak, jestem uzależniona i w tym przypadku nie ma u mnie chyba szans na jakikolwiek minimalizm…Zobaczcie, jakie są moje ulubione gadżety do organizacji, bez których moje życie bez wątpienia byłoby bardziej chaotyczne, a już na pewno zdecydowanie mniej barwne!

  1. ZESZYT(-Y). Zeszyty trochę zastępują mi różnego rodzaju karteczki. Mam dość zamaszysty sposób pisania i bardzo nie lubię mieć mocno ograniczonej przestrzeni na karteczce (#problemy), więc zazwyczaj pod ręką trzymam jakiś większy zeszyt, w którym zapisuję luźne myśli, pomysły, nazwiska, tytuły i generalnie wszystko to, co później mi się przyda. W wolnej chwili przeglądam zeszyt, robię selekcję zapisanych tam informacji i przenoszę je gdzie indziej.
  2. TRELLO. Może nie do końca gadżet, ale nie mogę o nim nie wspomnieć, ponieważ to jest właśnie miejsce, do którego najczęściej wpisuję zeszytowe notatki. Ciężko mi uwierzyć, że podczas zeszłorocznego przeglądu aplikacji do zarządzania czasem i projektami, oceniłam ją raczej nisko. Właściwie chyba  po prostu nie doceniłam. Kilka miesięcy temu trafiłam na ten filmik na You Tube i dopiero, gdy zobaczyłam „na żywo”, jakie możliwości daje Trello, z miejsca się zakochałam i postanowiłam dać tej aplikacji kolejną szansę. W tej chwili zrezygnowałam już całkowicie z Nozbe i Evernote, a wszystkie informacje wrzucam właśnie do Trello i korzystam z niej pewnie kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt razy dziennie.
  3. KALENDARZ 2017/2018. Moja nowość, w której totalnie się zakochałam, bo w końcu znalazłam coś, co jest bliskie perfekcji. Oczywiście nie ma czegoś takiego, jak idealny kalendarz, bo wszyscy mamy różne potrzeby i godziny funkcjonowania. Jedni potrzebują kalendarza dziennego z rozpiską na 24 godziny, innym wystarczy mniej szczegółowy tydzień. Ja jestem w tej drugiej grupie. Miewam zadania, które muszę wykonać konkretnego dnia, ale raczej nie jest ich na tyle dużo, żebym potrzebowała na to aż całej strony w kalendarzu. Lubię widok na tydzień i lubię mieć miejsce na wpisanie zadań, ale bez przydzielania ich do konkretnych dni. Dokładnie tak, jak w moim nowym kalendarzu! Wpisuję tu moje priorytety, daty wyjazdów, rozplanowuję też tu blogowe posty i wszystkie kwestie związane z pracą.
  4. RODZINNY KALENDARZ ŚCIENNY. Wisi w naszej kuchni i to w nim zapisuję najważniejsze daty: urodziny, duże uroczystości i wizyty u lekarza. Lubię to, że każdy członek naszej rodziny ma tu swoją osobną kolumnę – dzięki temu jest bardzo czytelny! Korzystam ze zwykłego kalendarza kupionego w TKMaxx, ale bardzo podobny dostaniecie np. tutaj.
  5. PLANER NAJWAŻNIEJSZEJ RZECZY, czyli „The One Thing” planer od Ogarniam Się. Tutaj zapisuję sobie (jak sama nazwa wskazuje) jedną najważniejszą rzecz do zrobienia w danym dniu, ale zazwyczaj poniżej wypisuję jeszcze inne sprawy, które chciałabym załatwić. Więc właściwie nigdy nie kończy się u mnie na one thing 😉 Wszystko dlatego, że ten planer jest stojący, więc cały czas dokładnie widzę moją listę = nie zapomnę. Szczególnie, że często w ciągu dnia dochodzi wiele drobnych zadań, które do tej pory zapisywałam na małych karteczkach, które następnie zwiewał wiatr/wpadały za kanapę/wpadały w ręce dzieci/nieopatrznie wyrzucałam. Tutaj mam wszystko w jednym miejscu, na widoku.
  6. KARTECZKI SAMOPRZYLEPNE. W różnych kolorach i rozmiarach. Wcześniej wspominałam, że rzadko używam ich do robienia jakichś dłuższych notatek, za to wykorzystuję je w inny sposób! Są moimi zakładkami do książek, zaznaczam nimi ważne fragmenty/cytaty, używam podczas układania naszego menu, a nawet korzystałam z nich przy planowaniu przeprowadzki! Zdecydowanie must have!
  7. TAŚMY DEKORACYJNE. Celowo nie użyłam nazwy washi tape, bo nie wszystkie taśmy to washi. Ja kupuję różne, skupiając się raczej na wzorach, a niekoniecznie na grubości papieru, kryciu itp. Ostatnio moje zapasy bardzo się zmniejszyły, ponieważ pewna dziewczynka postanowiła poobklejać nimi wszystkie krzesła, ściany i malutkich chłopców, więc generalnie mam co nadrabiać. Taśm używam do zaznaczania wyjątkowych wydarzeń w kalendarzu, ale także do dekoracji czy podczas pakowania prezentów.

Jest też kilka gadżetów do organizacji, z których powoli się wycofuję, ponieważ widzę, że nie używam ich aż tak często, jak pierwotnie zakładałam. Są to między innymi cienkopisy w różnych kolorach (docelowo po jednym na każdą kategorię życia, ale jakoś częściej mam pod ręką ołówek czy zwykły długopis), spinacze (mam ich bardzo dużo, ale nie korzystam z nich jakoś wybitnie regularnie) i małe notesiki (jednak są dla mnie za małe, jeden w torebce w zupełności mi wystarcza).

Jakich gadżetów biurowych używacie najczęściej? Co pomaga Wam w organizacji?

5 ZASAD ORGANIZACJI

Temat organizacji podejmuję na blogu od kilku lat, a mimo to zawsze chętnie wracam do podstaw i regularnie przypominam sobie kilka zasad, które można zastosować w każdym pomieszczeniu, szufladzie czy kąciku. Dzięki nim udaje mi się zachować do tego wszystkiego należyty dystans i skupić na efekcie, który jest w całym procesie najważniejszy, czyli domu, w którym żyje się przyjemnie i wygodnie.

Oto 5 zasad organizacji!

  1. LEPIEJ ZROBIĆ COŚ POŁOWICZNIE, NIŻ NIE ZROBIĆ WCALE. Nie zawsze mamy wystarczająco dużo czasu, by w całości zrealizować jakiś duży organizacyjny projekt, ale to nie oznacza, że powinniśmy odwlekać to w nieskończoność! Na przykład porządkując dokumenty można pracę podzielić na kilka etapów i jednego dnia wyrzucić te zbędne, innego posegregować je według kategorii, a w przyszłości ładnie ułożyć – i nic się nie stanie, jeśli ten proces zajmie miesiąc, dwa, a nawet pół roku! Najważniejsze, żeby zacząć!
  2. IM MNIEJ RZECZY, TYM ŁATWIEJ O PORZĄDEK I ORGANIZACJĘ. Czy możliwa jest organizacja w domu wypełnionym po brzegi różnymi przedmiotami? Oczywiście, że tak! Ale przy mniejszej ilości jest po prostu łatwiej! Nie chodzi o skrajny minimalizm, ale o pozbycie się rzeczy, które nie są nam do niczego potrzebne. Wtedy organizacja pójdzie o wiele sprawniej!
  3. GRUPOWANIE PRZEDMIOTÓW. Dlaczego jednym z najlepszych rozwiązań podczas organizacji domu jest pogrupowanie przedmiotów i trzymanie ich razem w jednym miejscu? Po pierwsze, łatwiej jest kontrolować ich ilość. Po drugie, łatwiej jest je znaleźć! Poza tym wygląda to o wiele łatwiej, niż przypadkowe przedmioty porozrzucane w każdym pokoju. Proste, prawda?
  4. SYSTEM DLA RZECZY, KTÓRE NIE MAJĄ STAŁEGO MIEJSCA.  Chodzi o takie przedmioty, jak na przykład książki do biblioteki, torba na siłownię, zwroty do sklepów…Rzeczy, które cyklicznie pojawiają się i znikają, ale mogą przy tym niezwykle zagracić przestrzeń. Warto wyznaczyć dla nich konkretne miejsca w domu i pilnować w nich porządku, żeby nie zaśmiecały tych stref, które już są zorganizowane.
  5. „ŚMIECIOWA” SZUFLADA. Większość z nas posiada taką szufladę i bardzo dobrze! Taka szuflada „na wszystko” pozwala uniknąć bałaganu w innych miejscach, a często bywa po prostu swego rodzaju stacją postojową w drodze do porządku. Moim zdaniem lepiej coś wrzucić do takiej szuflady, niż zostawić to na widoku. Choć bez wątpienia najlepszym rozwiązaniem jest wyznaczenie miejsca dla każdego przedmiotu i regularne odkładanie rzeczy na miejsce.

Dopiero zaczynasz przygodę z organizacją? Polecam moje organizacyjne wyzwania!

Planowanie posiłków dla początkujących – mini kurs

Dziś bez owijania w bawełnę, krótko i na temat.

Okazało się, że mini kurs, który udostępniłam przy okazji wpisu o moim sposobie planowania posiłków, pobrało prawie 1,5 tysiąca osób, co bardzo wyraźnie świadczy o tym, że temat jest dla Was interesujący. Dlatego postanowiłam wyjąć ten kurs z bezkresnych czeluści bloga i udostępnić go w osobnym wpisie, by jeszcze więcej osób mogło z niego korzystać!

Mój mini kurs PLANOWANIE POSIŁKÓW DLA POCZĄTKUJĄCYCH zawiera odpowiedzi na najczęściej zadawane w tym temacie pytania oraz wiele podpowiedzi, jak zacząć swoją przygodę z ustalaniem menu i wytrwać w swoim postanowieniu. Mam nadzieję, że będzie pomocny 🙂

KLIKNIJ TUTAJ, aby pobrać mini kurs.

Miłej lektury!

 

Organizacja zdjęć + pomysł na prezent na Dzień Ojca

Są takie projekty, które nas przerastają. Projekty, które notorycznie lądują na samym końcu listy zadań. Projekty, które chcemy zrealizować, ale brakuje nam pomysłu, werwy, tego nagłego przypływu energii, dzięki któremu w końcu ruszymy do działania. Takim projektem jest dla mnie organizacja zdjęć.

Jeśli śledzicie mojego bloga od jakiegoś czasu, to na pewno nie raz trafiliście na wpisy, w których opisywałam moje zmagania z gigantyczną ilością zdjęć – nie tylko tych już wywołanych, ale także tych zapisanych na dysku komputera. Fakt, iż każdego dnia przybywa mi od kilkunastu do kilkudziesięciu zdjęć, nie ułatwia sprawy…Moim problemem jest nie tylko brak czasu (a raczej motywacji i systematyczności) na kopiowanie zdjęć z telefonu na komputer, ale także na porządkowanie ich według systemu, który wprowadziłam kilka lat temu.

*Dla przypomnienia: mam zrobione foldery na każdy rok, a w nich podfoldery z podziałem na poszczególne miesiące. Do 2014 mam także szczegółowo opisany każdy plik ze zdjęciem (data-nazwa wydarzenia), ale po narodzinach Ninki ilość zdjęć wzrosła tak drastycznie, że aktualnie nie opisuję już zdjęć. 

W momencie, w którym zdecydowałam, że najwyższa pora wywołać zdjęcia z poprzedniego roku (czyli mniej więcej w połowie stycznia), perspektywa przejrzenia dokładnie 2521 zdjęć przyprawiała mnie o zawrót głowy (właśnie sprawdziłam, że po zaledwie 5 pełnych miesiącach w tym roku mam już 2 458 zdjęć…pozostawię to bez komentarza…). Robiłam to zrywami, za każdym razem przekonana, że już jestem bliska celu, ale miesiące mijały, a ja nadal miałam ten jeden duży projekt na mojej liście „to do„. Do tego doszedł mój odwieczny dylemat, czyli kwestia albumu.

*I znów małe przypomnienie: tak często patrzyłam na piękne, jednolite kolorystycznie albumy na Pinterest, że koniecznie chciałam mieć kilka białych, jednakowych, w każdym inny rok. Jednak koszt zakupu kilku takich albumów + wywołania tysięcy zdjęć był na tyle duży, że ostatecznie zdecydowałam się na białe segregatory, a w nich specjalne przekładki do zdjęć. Zaleta tego rozwiązania to niewątpliwie cena oraz dobre zabezpieczenie zdjęć przed zniszczeniem (w porównaniu z albumem, do którego zdjęcia się wkleja). Wada to brak walorów estetycznych wewnątrz albumu. Mówiąc krótko – wieje nudą…

Szczerze mówiąc przeżyłam intensywny okres fascynacji Project Life, miałam nawet aplikację na smartfona i namiętnie tworzyłam w niej piękne kolaże, w nadziei na to, że kiedyś jakoś je wywołam (choć miały niestandardowe wymiary, więc cena automatycznie rosła) i ułożę w albumach (rzecz jasna nowiutkich). Wizja totalnie bez sensu, strata czasu i pieniędzy, choć niewątpliwie efekt byłby zachwycający. Może kiedyś, na emeryturze… 😉

Wtedy właśnie trafiłam na Printu.pl. Przyznam szczerze, że moje doświadczenia z fotoksiążkami są fatalne, po prostu fatalne. Jestem posiadaczką jednej, którą wykonałam tylko dlatego, że dostałam na nią bon przy zakupie aparatu. O bonie przypomniałam sobie na 3 godziny przed końcem jego ważności, była godzina 21, kilkumiesięczna Ninka dopiero co zasnęła, a ja zasiadłam bezradnie przed komputerem, wrzucając do kreatora na chybił trafił jakieś zdjęcia. Kreator złośliwie pracował bardzo powoli, zdjęcia były nieobrobione, jeden wielki chaos. Ta fotoksiążka to mój mały koszmarek, jest mi wręcz głupio, że wyszła tak beznadziejnie. Kilka lat temu nie przykładałam tak dużej uwagi do walorów estetycznych, dostępne wtedy szablony różniły się od siebie jedynie układem zdjęć, a jedynym szaleństwem była możliwość wyboru jednego z 5 kolorów tła. Nie wiem, może źle trafiłam, zdecydowanie do robienia tego albumu się nie przyłożyłam, ale nie zmienia to faktu, że do tego typu wynalazków bardzo się zniechęciłam. I jeszcze te ceny! Szybko uznałam, że to nie dla mnie. Dlatego też tak bardzo zdziwiłam się, gdy pierwszy raz zobaczyłam szablony dostępne na Printu. Piękne tła, ciekawe układy zdjęć, miejsca na opisy…Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak sobie wymarzyłam! Zdecydowałam się na szablon z kategorii „Dzieci”, który nazywa się Love:

Album udało mi się stworzyć dość szybko, program jest banalnie prosty w obsłudze i intuicyjny. Po wysłaniu projektu dostałam informację zwrotną o dwóch miejscach w mojej książce, gdzie twarz wypada pomiędzy stronami, na co nie zwróciłam wcześniej uwagi, a dzięki czujności obsługi dostałam możliwość wprowadzenia ostatecznych poprawek. Szczerze mówiąc tak się rozochociłam, że chyba skuszę się jeszcze na Minibook (na Instagramowe zdjęcia), a w przyszłości może nawet zrobię książkę kucharską! Bardzo mi się podoba efekt końcowy, o radości Ninki z oglądania książki z nią w roli głównej nawet nie ma co wspominać, szaleństwo totalne! 🙂

Teraz jest też świetny moment na to, by pomyśleć o prezencie na Dzień Ojca – fotoksiążka nada się do tego wyśmienicie! Taki podarunek z pewnością zmiękczy każde męskie serce 🙂 Patrząc na te wszystkie szablony i niezliczone możliwości, mam przeczucie, że w tym roku moja rodzina zostanie dosłownie zarzucona fotoksiążkami – to naprawdę świetny pomysł na prezent dla taty, mamy, przyjaciółki czy ukochanej nauczycielki dziecka!

 

Wy też możecie zrobić swoją fotoksiążkę, czy to jako prezent na Dzień Ojca czy z jakiejkolwiek innej okazji i to z dużym rabatem! Co powiecie na 47% zniżki? 🙂

Aby pobrać zniżkę należy kliknąć TUTAJ!

Zniżka odlicza się od całości zamówienia, pomijając koszty wysyłki. Nie ma okresu ważności, ale jeśli kod zostanie pobrany, to jest ważny przez 14 dni dni, potem można go znów pobrać, ale korzystając z innego adresu mailowego. Kod należy wpisać w koszyku.

 

 

Wpis powstał we współpracy z Printu.pl

PS. Tutaj znajdziecie więcej inspiracji na prezent dla taty!