All posts by zorganizowana

Moje ulubione książki o finansach

Połowa zeszłego lata upłynęła mi na ożywionych dyskusjach z moją przyjaciółką na temat finansów, oszczędzania i inwestowania pieniędzy. Obie byłyśmy bardzo zdeterminowane, by w końcu ogarnąć tą sferę naszego życia, więc każdą wolną chwilę spędzałyśmy na czytaniu książek i blogów o tej tematyce, a następnie dzieleniu się swoimi przemyśleniami i wymyślaniu skutecznej strategii, dzięki której w niedalekiej przyszłości będziemy obrzydliwie bogate 😉 Oczywiście jak to często u mnie bywa, po drodze gdzieś tam straciłam zapał do działania, pochłonęły mnie inne sprawy, nowe hobby i nowe obowiązki, ale wraz z początkiem roku postanowiłam wrócić do niektórych publikacji, jeszcze raz je przejrzeć i wyciągnąć z nich to, co najważniejsze. I gdy tak patrzyłam na ten stosik książek przy moim łóżku, to pomyślałam sobie, że w zasadzie jest to dobry temat na wpis! Oto więc one – moje ulubione książki o finansach, które na pewno zainspirują Was do przejęcia kontroli nad domowym budżetem i zmienią Wasze podejście do kwestii zarządzania pieniędzmi.

  • FINANSOWY NINJA Michał Szafrański. Autor i książka, których chyba nie trzeba nikomu przedstawiać! Absolutny nr 1, uwielbiam tą książkę i w pełni zgadzam się z osobami, które twierdzą, że powinna się ona znaleźć wśród lektur obowiązkowych w szkołach. Niezwykle przemyślana, wyczerpuje chyba większość tematów związanych z finansami, prawdziwa skarbnica wiedzy i porad. Mój egzemplarz ma chyba milion poprzyklejanych karteczek, notatek, a nawet mały zeszyt, w którym rozrysowywałam sobie przepływ naszych pieniędzy. To naprawdę świetna książka, wciąż do niej wracam i uważam, że każdy powinien przeczytać ją przynajmniej raz w życiu!
  • FINANSE DOMOWE KROK PO KROKU. Praktyczny zeszyt ćwiczeń. Alicja Zalewska-Choma. Autorka znana jest Wam pewnie jako Oszczędnicka 🙂 Jej książka składa się z 52 zadań, docelowo po jednym na każdy dzień tygodnia w roku, ale oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by zadania realizować szybciej (ja tak zrobiłam). Każde zadanie jest szczegółowo opisane, zawiera ciekawe i praktyczne porady oraz miejsce na własne notatki. Wszystko napisane prostym językiem i dzięki Alicji finanse wydają się jakieś takie mniej przerażające 😉 Bardzo polecam, na pewno się Wam spodoba!
  • BOGATY OJCIEC, BIEDNY OJCIEC Robert T. Kiyosaki oraz BOGATY ALBO BIEDNY, PO PROSTU RÓŻNI MENTALNIE T. Harv Eker. Ujęłam te książki w jednym punkcie, bo moim zdaniem w pewnym sensie są do siebie podobne. Obie uświadomiły mi, że powinnam zmienić swój stosunek do pieniędzy, jeśli chcę, żeby moja sytuacja finansowa uległa poprawie. I nie chodzi wcale tylko o to, że wydaję kasę na bzdury (chociaż to oczywiście też), ale o to, jak o pieniądzach myślę. Obie książki zawierają dużo ciekawych porad, choć nie da się ukryć, że część treści to takie trochę lanie wody. Można z nich jednak wyciągnąć dla siebie sporo wartościowych informacji, więc moim zdaniem warto je przeczytać. Osobiście znam kilka osób, które po lekturze książki „Bogaty ojciec, biedny ojciec” postanowiły założyć swoje firmy i do tej pory świetnie sobie radzą, więc można powiedzieć, że jest to lektura inspirująca 🙂
  • SEKRETY AMERYKAŃSKICH MILIONERÓW Thomas J. Stanley, William D. Danko. Wbrew pozorom nie jest to poradnik, jak szybko stać się milionerem 😉 Jest to praca socjologiczna dwóch uczonych, którzy badali źródła zamożności milionerów mieszkających w małych miasteczkach w USA. Zawiera duuuużo danych statystycznych, ale bez obaw, na ich podstawie autorzy sformułowali też praktyczne porady. Ciekawa lektura, choć już może nie aż tak obowiązkowa 😉

Czytacie książki o finansach? Macie jakieś ulubione, które polecacie? 

 

 

Fot. KaboomPics

Pomysły na rodzinne Walentynki

Zawsze dziwiłam się, jak ktoś może nie lubić Walentynek! Przecież to niezwykle uroczy dzień, który umila nam oczekiwanie na wiosnę, podczas którego wszyscy kochamy się jeszcze bardziej niż zazwyczaj, zajadamy czekoladki, dmuchamy różowe baloniki, zachwycamy się bukietami kwiatów i oglądamy romantyczne komedie – no czego tu nie lubić? 😉 Wiem, wiem, powinniśmy okazywać sobie uczucia każdego dnia, Walentynki to czysta komercja, róż jest tandetny, a czekoladki tuczą, ale to nie zmienia faktu, że ja Walentynki obchodzę i darzę niezwykłą sympatią! Do tej pory nie angażowaliśmy w nie dzieci, poza jednym zdjęciem z serduszkiem, które udało mi się im zrobić rok temu, ale w tym roku wpadło mi do głowy kilka ciekawych pomysłów na to, jak zorganizować rodzinne Walentynki, więc niniejszym od 2018 dodaję ten dzień do naszej listy rodzinnych tradycji 🙂

Oto moje propozycje:

  • Listy/kartki Walentynkowe dla wszystkich członków rodziny. Czyż to nie będzie piękna pamiątka? Oczywiście malutkie dzieci jeszcze nie zrozumieją o co chodzi, ale te starsze z pewnością docenią! Można napisać pełen emocji list, można wymyślić lub zacytować wiersz(-yk) albo stworzyć jeden schemat i co roku udzielać odpowiedzi na takie same pytania np. „Kocham, gdy…”, „Kocham razem z Tobą…”, „Kocham Twoje…” itp. Kartki, które napiszę dla moich dzieci będę im chować do ich pudeł z pamiątkami 🙂
  • Drobne upominki. Nie jest to punkt obowiązkowy, wiele osób sprzeciwia się kupowaniu prezentów z byle okazji, ale pamiętajmy, że upominek możemy wykonać sami, możemy zaangażować w to dzieci i podkreślać, że robimy to z miłości i oczywiście dla kogoś, kogo bardzo kochamy! Wiecie, te wszystkie rozczulające odciski rączek, laurki itp. Fajna zabawa i miła pamiątka.
  • Walentynkowe gry i zabawy. Pomysłem, który bardzo mi się spodobał jest Walentynkowa odmiana poszukiwania skarbów – w tym przypadku  szukamy serduszek ukrytych w całym domu! Serca mogą być wycięte z papieru lub w jakiejkolwiek innej formie. Dzieci dostają koszyczki i ruszają na polowanie – wygrywa ten, kto znajdzie najwięcej serc. Inne pomysły to np. Walentynkowe bingo lub Walentynkowa wersja popularnej gry „kółko-krzyżyk”, tylko np. z sercami w dwóch kolorach. Można też po prostu wspólnie pokolorować jakieś obrazek, oczywiście związany tematycznie z Walentynkami (np. któryś z tych).
  • Wspólne dekorowanie. Ten punkt zawsze się u mnie pojawia, a to dlatego, że to prosty i często również (wbrew pozorom) tani sposób na wprowadzenie do domu odświętnej atmosfery. Wystarczy kilka czerwonych i różowych balonów, kilka rozrzuconych gdzieniegdzie serduszek (idealne zadanie dla dzieci!), no i może jakiś napis LOVE w ramce – i to wszystko, Walentynkowe dekoracje gotowe! 🙂 Moje dzieci uwielbiają pomagać przy takich czynnościach i jestem przekonana, że Wasze również chętnie się zaangażują!
  • Walentynkowe zdjęcia. Odkąd prowadzę album Project Life, to każda okazja jest dla mnie jeszcze bardziej warta uwiecznienia. Możemy porobić sobie zdjęcia z różnymi gadżetami (np. takimi), przebrać się lub po prostu ubrać na czerwono, różowo lub w coś z wzorem w serca.
  • Walentynkowe menu. Najlepsze zostawiłam na koniec! I wcale nie mam na myśli trudnych i wykwintnych dań, afrodyzjaków i innych bajerów. Mam na myśli proste i smaczne jedzenie, które wywoła uśmiech na twarzy każdego domownika. Jajko sadzone w kształcie serca, serduszka wycięte z kromek chleba, pieczone warzywa w kształcie serc (np. ziemniaki, bataty, cukinia), ale też różowe koktajle, różowe naleśniki (barwione burakiem), no i oczywiście ulubiona pizza w kształcie serca! Nie zapominajmy też o wspaniałej rozrywce, jaką jest wspólne robienie i dekorowanie ciasteczek 🙂

A Wy jak planujecie spędzić ten dzień? Obchodzicie Walentynki?

Z dziećmi w restauracji – zestaw ratunkowy

Jestem mamą od ponad trzech lat, ale zdecydowanie nie uważam się za ekspertkę w tej dziedzinie. Jest jednak pewna kwestia związana z wychowywaniem dzieci, której jestem pewna na 100% – dziecko jest niegrzeczne wtedy, gdy jest głodne, zmęczone, znudzone lub przestymulowane. Albo wszystko na raz, jeśli mamy pecha 😉 W przypadku naszych dzieci ta teoria potwierdza się zawsze, więc robimy co możemy, żeby uniknąć niesprzyjających okoliczności. Jednak wyjście do restauracji niesie ze sobą spore ryzyko wystąpienia przynajmniej dwóch z powyższych czynników – dziecko prawdopodobnie będzie głodne oraz znudzone oczekiwaniem na posiłek. Mieszanka wybuchowa! Przyznam szczerze, że z Ninką wychodzenie do restauracji było łatwizną, w porównaniu do tego, jakie atrakcje funduje nam Karolek. Jest on bowiem trochę bardziej ekspresyjny i targają nim często różne emocje, co w połączeniu z jego niezwykłą ruchliwością bywa dość kłopotliwe w sytuacjach, które wymagają siedzenia w jednym miejscu. Problemy zaczęły się, gdy skończył rok, nie potrafił jeszcze chodzić, za to obudziła się w nim ogromna chęć przygód. Próbował wychodzić z krzesełka, raczkując uciekał na drugi koniec sali, próbował się wspinać na stoły…Błagam, powiedzcie, że Wasze dzieci też tak czasem mają! 😉 Musieliśmy pogodzić się z tym, że metody wychowawcze, które działały na Ninkę, niekoniecznie będą się sprawdzać w przypadku jej brata i…cóż, wykazać się większym sprytem i kreatywnością. Bo oczywiście zaprzestanie jadania na mieście nie wchodziło w grę, za bardzo lubimy takie rozrywki 😉 I tak oto wpadłam na pomysł stworzenia „zestawu ratunkowego”, który mogę zabrać ze sobą do restauracji (ale też do poczekalni u lekarza, na podróż samochodem itd.). Głównym celem jest zajęcie tego naszego ruchliwego robaczka i utrzymanie go w krzesełku przez cały czas oczekiwania na posiłek. Oczywiście jeśli w restauracji jest kącik dla dzieci, to część problemu mamy z głowy, ale nie zawsze mamy tyle szczęścia. Nie przedłużając już zbyt długo, przechodzę do meritum:

RESTAURACYJNY ZESTAW RATUNKOWY:

  • śliniaczek
  • zestaw dziecięcych sztućców
  • grube słomki (odrobinę przeze mnie skrócone)
  • mokre chusteczki
  • małe kredki (ostatnio Karolek używa takiej)
  • mała kolorowanka (można też wydrukować kilka obrazków w dowolnym formacie, np. tutaj)
  • kilka małych autek
  • kilka klocków Duplo (wraz z ludzikami)
  • kilka małych zwierzątek
  • proste puzzle (np. uwielbiane przez nas CzuCzu)
  • naklejki (ostatnio w Biedronce były bardzo fajne zestawy za 5 zł)
  • książeczka
  • kolorowanka wodna (np. taka)
  • niezapychające przekąski (np. chrupki kukurydziane, mus w tubce itp.)

*Oczywiście nie trzeba brać wszystkiego, można stworzyć kilka zestawów i zabierać je zamiennie 🙂

JAK UŁATWIĆ SOBIE WYJŚCIA DO RESTAURACJI Z DZIEĆMI?

  • Upewnij się, że dziecko jest wyspane i dostosuj porę posiłku do jego stałego rytmu dnia.
  • Wybierz rodzinną restaurację, w której są dostępne krzesełka dla dzieci, miejsce do przewijania i inne udogodnienia, ale przede wszystkim taką, w której nie panuje grobowa cisza, bo wtedy każde jęknięcie dziecka będzie Cię stresować 😉
  • Zapewnij dziecku odpowiednią ilość miejsca przy stole.
  • Zorientuj się wcześniej, jakie menu jest serwowane w restauracji i już wcześniej zdecyduj, co będzie jadło dziecko – zamów to w pierwszej kolejności, żeby skrócić czas oczekiwania.

Mam nadzieję, że tych kilka porad sprawi, że Wasze wyjścia do restauracji z dziećmi będą przebiegać bezstresowo i bezproblemowo! 🙂 Jakie są Wasze doświadczenia z wychodzenia do restauracji z dziećmi?

Project Life – ile czasu trzeba poświęcić na zrobienie albumu?

Jestem z siebie niezwykle dumna – jest koniec stycznia, a ja już mogę skreślić jedną pozycję z mojej listy planów na ten rok! Mowa o stworzeniu albumu Project Life (jeśli nie wiecie, na czym to polega, to zajrzyjcie do Kasi z Worqshop). Ku mojemu dużemu zaskoczeniu udało mi się w dość krótkim czasie zrobić album za cały rok 2017, a teraz zabieram się za tworzenie na bieżąco tego na 2018. W międzyczasie będę też nadrabiać zaległości z poprzednich lat, bo całkowicie mnie to wciągnęło! W dzisiejszym poście chciałabym Wam pokazać, ile czasu zajęły mi poszczególne etapy tworzenia albumu i tym samym udowodnić, że wcale nie jest to tak czasochłonna rozrywka, jak pozornie może się wydawać!

ETAP 1 : Zbieranie wszystkich zdjęć w jednym miejscu

czas trwania: w zależności od osoby, u mnie około miesiąca

Tak, przez prawie miesiąc kopiowałam w wolnych chwilach zdjęcia z Dropbox (zapisywały mi się tam automatycznie) na dysk. Jest to dla mnie nauczka, by robić to na bieżąco i taki jest też plan na ten rok. Jeśli wszystkie zdjęcia zgrywacie na bieżąco w jedno miejsce, to znacznie ułatwi Wam to sprawę. Ja dodatkowo od razu segreguję zdjęcia z podziałem na miesiące. Kiedyś bawiłam się w zmienianie nazwy każdego zdjęcia według schematu „data-wydarzenie/miejsce”, ale zrezygnowałam z tego pomysłu, gdy tylko na świecie pojawiły się dzieci – zdjęć było za dużo, a czasu za mało. Więc pozostaję jedynie przy segregacji według lat i miesięcy. Przy okazji dobrze jest też pousuwać zdjęcia niewyraźne, nieudane itd.

ETAP 2: Wybieranie zdjęć do wywołania

czas trwania: u mnie 3 wieczory (około pół godziny na każdy miesiąc)

Z każdego miesiąca wybierałam najciekawsze zdjęcia, nie mając jeszcze wtedy za bardzo wizji rozkładówek w albumie, więc były to trochę przypadkowe wybory. Żałuję, że nie wprowadziłam w życie jednej z wielu ciekawych porad z kursu „Dziecko w albumie” i po prostu nie rozpisałam/rozrysowałam sobie wszystkiego na kartce. Dlaczego tego nie zrobiłam? Głównie dlatego, że zamówiłam sobie dwa rodzaje koszulek do albumu i nie byłam jeszcze pewna, który układ bardziej mi się spodoba. W sumie nadal nie jestem tego pewna i po prostu je mieszam 😉

(zdjęcia wywołuję online, tym razem w fotolab.pl)

ETAP 3: Segregowanie wywołanych zdjęć

czas trwania: około 60 minut

Gdy dotarły do mnie zdjęcia (było ich niecałe 300), zaczęłam je rozdzielać do kopert, segregując według miesięcy. Zależało mi  na tym, by w albumie pojawiały się chronologicznie. Przy okazji robiłam małą selekcję i jeśli okazywało się, że jakieś zdjęcie nie wyszło aż tak fajnie, jak oczekiwałam, to odkładałam je na bok.

ETAP 4: Wkładanie zdjęć i kart do albumu

czas trwania: u mnie dwa popołudnia, w sumie około 4 godzin

Mój album dzieli się na miesiące. Niektóre zajmują dwie strony, inne dziesięć, ale na początku każdego miesiąca zawsze pojawia się karta z jego nazwą. W zestawach znajdują się karty z napisami i rysunkami oraz karty journalingowe, na których opisuję miejsca, które odwiedziliśmy, zapisuję zabawne anegdotki itp. Większość z nich pełni jednak funkcję dekoracyjną i uwielbiam efekt, który dają! Przyznam szczerze, że na początku wybieranie zdjęć i kart szło mi trochę powoli, ale z czasem nabrałam wprawy i leciałam jak burza!

ETAP 5: Dodawanie opisów do kart

czas trwania: dwa wieczory, u mnie około 4 godzin

Myślę, że wiele osób wypełnia karty journalingowe od razu podczas wkładania zdjęć i ja zapewne też tak będę robić przy regularnym tworzeniu albumu w tym roku, ale przy tym z 2017 zrobiłam z tego kolejny etap. Tak mi było wygodniej, bo wkładanie zdjęć i kart wiąże się z małym bałaganem, więc chciałam najpierw mieć już to z głowy, a potem na spokojnie zasiąść do spisywania wspomnień.

I gotowe! 🙂

Myślę, że przy sprawnej organizacji tworzenie całorocznego kalendarza nie powinno zająć więcej, niż dwa tygodnie, a przy szybciej zamówionych zdjęciach tydzień powinien być wystarczający (przy założeniu, że poświęcimy na to kilka godzin dziennie).

Poniżej znajdziecie pełną listę wszystkich produktów, z których korzystałam podczas tworzenia mojego albumu (wszystkie zakupy robiłam w Family Portraits):

Jak widzicie nie ma tu żadnych ozdób – wykorzystałam jedynie kilka świątecznych naklejek, które miałam w domu i to na razie tyle szaleństw z mojej strony.  Oczywiście bardzo podobają mi się albumy, w których dużo się dzieje, bo dzięki temu stają się naprawdę wyjątkowe, ale chciałam najpierw przetestować wersję minimalistyczną, a wszelkiego rodzaju naklejki, stemple itp. będę dodawać stopniowo. Poza tym zdecydowałam się na dość dużo różnorodnych zestawów kart, które mieszam i tworzę z nich swoje kompozycje, więc jak na mnie to i tak jest już dużo kolorów i wzorów! 😉

JAKIE BŁĘDY POPEŁNIŁAM PODCZAS TWORZENIA ALBUMU PROJECT LIFE?

  • Rozmiar zdjęć, które robiłam przez cały zeszły rok. W 70% były to zdjęcia kwadratowe, czego kompletnie nie wzięłam pod uwagę zamawiając koszulki do albumu. W związku z tym musiałam domówić białe czyste karty w rozmiarze 4×6 i używać ich jako tła do moich kwadratowych zdjęć. Prawdopodobnie zdecyduję się jeszcze ozdobić je naklejkami, washi tape itp. Teraz robię już zdjęcia prostokątne, głównie w poziomie, bo tak wyglądają najlepiej (moim zdaniem, oczywiście).
  • Za mało kart. Musiałam domawiać je w trakcie tworzenia albumu, bo choć starałam się, żeby na stronie pojawiała się tylko jedna lub dwie, to jednak moja początkowa ilość to było zdecydowanie za mało. Szczególnie, że karty z różnych zestawów nie zawsze do siebie pasowały, więc części nie wykorzystałam. Poza tym wybór kart jest tak duży, że trudno im się oprzeć!
  • Za dużo wywołanych zdjęć. Przy ich wyborze każda uchwycona sytuacja wydawała mi się istotna, każda drzemka, zabawa i posiłek, ale ostatecznie okazało się, że część zdjęć wywołałam zbyt pochopnie. Nie pasowały do siebie, nie były spójne kolorystycznie, nie układały się w ciekawą historię czy w jakikolwiek sposób w spójną całość. W tym roku będę do tego podchodzić bardziej rozważnie i przede wszystkim planować rozkładówki albumu z wyprzedzeniem!

Mimo początkowych obaw, czy na pewno mam na to czas i czy rzeczywiście jest mi to niezbędne do życia, nie żałuję ani sekundy poświęconej na tworzenie albumu! Tworzę go głównie z myślą o dzieciach i to dla nich skrupulatnie spisuję wszystkie szczegóły – będą mieli piękną pamiątkę! Jeśli więc tworzenie albumu Project Life od dawna chodzi Wam po głowie, to nie zastanawiajcie się dłużej, tylko po prostu zacznijcie!

PS. A jeśli potrzebujecie inspiracji, to dołączcie do grupy na FB „Dziecko w albumie” 🙂

Jak stworzyć plan pielęgnacji + moje ulubione tanie kosmetyki do pielęgnacji cz.2

Dzisiejszy post zacznę wyjątkowo, bo cytatem z jednej z moich ulubionych książek, czyli „Dziennika Bridget Jones” Helen Fielding:

Bycie kobietą jest gorsze od bycia rolnikiem – mamy tyle roboty z plewieniem i pryskaniem upraw: trzeba depilować nogi woskiem, golić pach, skubać brwi, ścierać pumeksem stopy, złuszczać i nawilżać naskórek, oczyszczać pory, farbować odrosty, malować rzęsy, piłować paznokcie, masować cellulitis, gimnastykować mięśnie brzucha. W dodatku te wszystkie zabiegi są tak precyzyjne, że wystarczy kilka dni, aby się całkiem zapuścić.

No właśnie. Okazuje się, że organizacja i regularność są ważne nie tylko przy sprzątaniu domu 😉 Jeśli Ty także łapiesz się na tym, że nie potrafisz sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz farbowałaś włosy albo nakładałaś na twarz maseczkę, to koniecznie rozważ stworzenie swojego planu pielęgnacji! Nie ukrywam, że moje dni są do siebie bardzo podobne (taką cenę płacę za chęć zapewnienia moim dzieciom uregulowanego trybu życia), w zasadzie często zlewają mi się w jedno i nawet nie jestem w stanie przypomnieć sobie, co jadłam wczoraj na śniadanie, a co dopiero kiedy robiłam peeling enzymatyczny! Ułożenie własnego planu pielęgnacji znacznie ułatwiło mi kontrolę nad tymi wszystkimi skomplikowanymi zabiegami i rytuałami. Można oczywiście dyskutować, czy jest to w ogóle potrzebne, ale pozwolę sobie przytoczyć jedno zdanie, które powinno wszystkich zmotywować: do wiosny zostały dwa miesiące!  Tak więc rozpoczęcie przygotowań do sezonu na krótkie rękawki i gołe nogi jest jak najbardziej wskazane 😉

Schemat tworzenia planu pielęgnacji jest bardzo prosty:

  • określ, jakie czynności chcesz wykonywać i jak często
  • oszacuj, ile czasu zajmują
  • przeanalizuj plan swojego dnia/tygodnia/miesiąca i zastanów się, kiedy możesz poświęcić czas na nowe pielęgnacyjne rytuały

W Internecie można znaleźć mnóstwo gotowych planów (np. tutaj), ale oczywiście są one jedynie inspiracją – każda z nas jest inna, każda skóra ma inne potrzeby, a i nasze dni wyglądają zupełnie inaczej.

Moim największym zaskoczeniem już 1,5 roku temu było to, jak mało czasu zajmuje mi poranne oczyszczanie twarzy zgodne z koreańskimi rytuałami pielęgnacyjnymi. Gdy o tym czytałam, to nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że zajmie mi to co najmniej pół godziny, a w rzeczywistości trwa maksymalnie 5 minut. Łapię się na tym, że często nie robię czegoś tylko dlatego, że wydaje mi się to niezwykle czasochłonne, ale umówmy się – nałożenie na twarz maseczki trwa tyle samo, ile wklepanie kremu, a korzyści dla skóry są o wiele większe! Dlatego tak ważna jest świadomość tego, ile dana czynność zajmuje nam czasu i umiejętne wplecenie jej w nasze codzienne czynności. Np. hybrydy robię co drugą sobotę, zawsze podczas oglądania filmu lub dwóch odcinków ulubionego  serialu. Nic też nie stoi na przeszkodzie, żebym w niedzielę rano czytała z dziećmi w łóżku książeczki, mając jednocześnie maskę na włosach i maseczkę na twarzy (choć te azjatyckie maski z podobiznami zwierząt wzbudzają w moim potomstwie lekką konsternację). Przyjemne z pożytecznym!

Cały plan pielęgnacji proponuję rozpisać na kartce lub możesz też skorzystać z poniższego szablonu 🙂 Możesz wpisać ogólne czynności lub nazwy konkretnych produktów, których będziesz używać, pełna dowolność! Gotowy plan możesz zalaminować, żeby nie zniszczył się zbyt szybko (jeśli planujesz trzymać go w łazience).

POBIERZ SZABLON PLANU PIELĘGNACJI DO WYDRUKU

MOJE ULUBIONE TANIE KOSMETYKI DO PIELĘGNACJI CZ.2 (tutaj znajdziesz pierwszą część)

Wynajdywanie tanich i skutecznych kosmetyków jest moją wielką misją, a ponieważ poprzedni wpis o tej tematyce spotkał się ze sporym zainteresowaniem, to dziś mam kolejną porcję fajnych i przystępnych cenowo produktów, które przetestowałam na mojej suchej i wymagającej skórze i które sprawdziły się rewelacyjnie!

DO TWARZY

  • Sylveco. Łagodzący krem pod oczy (ok. 30 zł) Krem, który uratował skórę na moich powiekach na początku zimy! Nagle pojawiło się na nich kilka suchych i swędzących plam, na które nie pomagały żadne inne kremy, nawet te najdelikatniejsze, które podbierałam dzieciom. Ba, po użyciu niektórych skóra zaczynała mnie szczypać, oczy łzawić i było jeszcze gorzej. Na szczęście miałam w szufladzie mnóstwo próbek kremów Sylveco, a wśród nich wspomniany krem pod oczy, który zadziałał na moje powieki jak opatrunek. To było jak jakieś czary! Wyleczył moją skórę w 24 godziny, więc od razu pobiegłam do sklepu po więcej i od tej pory towarzyszy mi codziennie. Skóra jest po nim sprężysta i nawilżona, czyli dokładnie taka, jak powinna być!
  • Ziaja. Ekspresowe serum do twarzy i szyi wygładzająco-ujędrniające jagody acai (ok. 11 zł) Baaaardzo się z tym serum polubiłam! Przede wszystkim dlatego, że już po zaledwie kilku dniach stosowania zauważyłam, że moja skóra jest o wiele gładsza w dotyku, a na dodatek przyjemnie odświeżona (serum ma konsystencję zbliżoną do żelu). Skóra jest napięta, wygląda świeżo i zdrowo, więc jestem bardzo zadowolona – szczególnie biorąc pod uwagę bardzo niską cenę!
  • Vianek. Intensywnie odżywczy krem do twarzy na noc (ok. 22 zł) Właściwie i Vianek i Sylveco mogę brać w ciemno, bo robią dokładnie to, co obiecuje producent i nigdy nie zdarzyły mi się po tych produktach żadne podrażnienia i tym podobne ekscesy. Ten krem dobrze nawilża i odżywia. Po prostu. Więcej mi nie trzeba, na noc idealny!
  • Sylveco. Odżywcza pomadka z peelingiem (ok. 11 zł) Mój absolutny hit, must have, kosmetyczny niezbędnik, no po prostu uwielbiam! Używam tej pomadki nałogowo, jest idealna na zimę, wspaniale złuszcza martwy naskórek i pozostawia usta nawilżone i natłuszczone. Wypróbujcie koniecznie!

DO CIAŁA

  • Ziaja Pro. Maska do rąk i paznokci  (ok. 14 zł) oraz Krem-maska do stóp głęboko odżywcza (ok. 19 zł). Świetne produkty, idealne na zimowe dolegliwości skórne (przesuszenie, zaczerwienienia, a nawet pęknięcia skóry). Moja skóra na dłoniach jest bardzo podrażniona ze względu na AZS, więc nie spodziewałam się jakichś spektakularnych efektów, ale jestem pozytywnie zaskoczona! Stosuję maskę wieczorem i naprawdę bardzo poprawiła stan mojej skóry – ukoiła, wygładziła i nawilżyła. Krem-maska do stóp też w 100% spełnia swoje zadanie. Na dodatek oba produkty bardzo przyjemnie pachną, no i są bardzo tanie, jak na tą pojemność (250ml) i niezwykle wydajne.
  • Ziaja. Peeling cukrowy do ciała z serii Świąteczne aromaty (ok. 11 zł). Uwielbiam cukrowe peelingi i choć często robię je też sama w domu, to jednak te ze sklepu przewyższają moje domowe w jednej kwestii – obłędnego zapachu! Na dodatek utrzymuje się on na ciele przez jakiś czas, no i skóra jest tak pięknie natłuszczona, że nie muszę stosować po ich użyciu balsamu do ciała. Świąteczne aromaty to zdecydowanie to, co lubię najbardziej, więc mam zrobione zapasy tych peelingów jeszcze na co najmniej kilka miesięcy. Moimi drugimi faworytami w tej kategorii są peelingi cukrowe Perfecta, szczególnie marcepanowy, choć ostatnio nie umiem go nigdzie znaleźć (mam nadzieję, że go nie wycofano!).
  • Ziaja. Multimodeling balsam brązujący do ciała (ok. 15 zł).  Bladość mojej skóry osiągnęła w grudniu stan krytyczny, więc jak co roku zaczęłam poszukiwania tego idealnego kosmetyku, który sprawi, że będę ślicznie brązowa (a nie pomarańczowa). Lubię balsamy stopniowo brązujące, bo ich zapach nie jest tak mocny, a przy okazji mam poczucie większej kontroli nad intensywnością koloru. A jeśli mogę się przy okazji lekko ujędrnić i wyszczuplić, to jest to jak wygrana na loterii! Ten balsam bardzo lubię za to, że nie wchłania się błyskawicznie, tylko mam chwilę na dokładne i równomierne wsmarowanie (a wręcz wmasowanie) go w ciało. Odcień opalenizny jest bardzo ciepły i moim zdaniem naturalny. Zapach jest delikatny, nie ma mowy o tym charakterystycznym samoopalaczowym smrodku 😉 Polecam!

DO WŁOSÓW

  • Pantene Pro-V, suchy szampon Volume Booster (ok. 15 zł). Suchy szampon, który zdetronizował zachwalany przeze mnie w poprzedniej części szampon Batiste. Ten pokochałam ze względu na to, że trochę łączy cechy suchego szamponu z lakierem do włosów. Po użyciu są odświeżone, uniesione i takie trochę bardziej sztywne. Moje włosy są raczej z tych cienkich i delikatnych, więc dla mnie to opcja idealna! Zauważyłam też, że po jego użyciu włosy nie elektryzują się tak bardzo pod czapką, co zimą jest ogromnym plusem!

Ależ się dziś rozpisałam! 🙂 Jak zawsze czekam na Wasze opinie i porady – czy stosujecie plan pielęgnacji? Jakie są Wasze ulubione kosmetyczne rytuały? Jakie produkty polecacie?