All posts by zorganizowana

Praga z małymi dziećmi – kilka praktycznych porad

Wychodzę z założenia, że do każdej podróży należy się odpowiednio przygotować i nie mam tu na myśli tylko pakowania walizki, ale również, a może przede wszystkim, zdobycie jak największej ilości praktycznych informacji dotyczących miejsca, do którego się wybieramy. Szczególnie, gdy podróżujemy z dziećmi! Lubię dużo wiedzieć, więc przed naszym sierpniowym wyjazdem do Pragi standardowo zasiadłam przed komputerem z notatnikiem i zaczęłam robić listę wszystkich miejsc, które chcemy odwiedzić, cen biletów wstępu, rekomendowanych restauracji itp. (na końcu tego wpisu zamieściłam listę ze stronami internetowymi, z których najczęściej korzystałam). Standardowo już rzeczywistość w wielu przypadkach zweryfikowała moje ambitne plany, ale dzięki temu mam argument, żeby do Pragi wrócić i wszystko nadrobić! Absolutnie nie uważam się za znawcę tego miasta, ale jeśli Praga z małymi dziećmi to cel Twojej najbliższej podróży, to zerknij na kilka moich praktycznych porad, które (mam nadzieję!) rozwieją kilka wątpliwości i okażą się pomocne podczas wyjazdu.

  • CO SPAKOWAĆ? Na szczęście klimat w Czechach jest taki sam, jak w Polsce, więc nie trzeba się obawiać meteorologicznych zaskoczeń. O tym co i jak spakowałam na nasz weekendowy wyjazd pisałam tutaj. Najważniejsze – wygodne buty, bo chodzenia jest naprawdę sporo!
  • GDZIE NOCOWAĆ? Mam wrażenie, że większość osób lubi nocować jak najbliżej centrum, żeby być blisko wszystkich knajpek i atrakcji, ale przy małych dzieciach niekoniecznie jest to dobre rozwiązanie, chociażby ze względu na hałas. My wybraliśmy nocleg w dzielnicy oddalonej od centrum, ale jednocześnie znajdującej się blisko stacji metra (15 minut) i tramwajów (1 minuta). Bardzo polecam korzystać z komunikacji miejskiej, ponieważ jest świetnie zorganizowana i po prostu tania i wygodna. Poniżej mapka stacji praskiego metra – najwygodniej jest wysiąść na stacji Muzeum, Můstek lub Staroměstská i stamtąd ruszyć na zwiedzanie. My nocowaliśmy w dzielnicy Strasnicka (Praga 10), a do stacji Můstek mieliśmy około 15 minut metrem. Zaletą nocowania poza centrum są też oczywiście ceny. Wynajęliśmy cały apartament z tarasem (jechaliśmy w 6 osób, w tym 3 dzieci) za pośrednictwem booking.com i suma za wszystkich za dwie noce, włącznie z kosztami sprzątania itp. wyniosła 190 euro. Warto też zwrócić uwagę na parking, my szukaliśmy opcji z tym bezpłatnym.

  • METREM Z WÓZKAMI. Na powyższej mapce widać, że niektóre stacje metra są oznaczone jako te z udogodnieniami dla osób niepełnosprawnych (w tym również dla wózków). Czasem jest to standardowa winda, ale w niektórych miejscach można trafić na platformę, która zamontowana jest z boku schodów (porusza się żółwim tempem, ale najważniejsze, że działa). Na innych stacjach są ruchome schody, wystarczająco szerokie, by zmieścić się na nich z wózkiem. Progi przy wejściu do metra są niskie, więc wchodzenie jest bezproblemowe. W środku też jest na tyle dużo miejsca, że nie trzeba się obawiać, że wózek zatarasuje całe przejście. Dzieci poniżej 6 roku życia podróżują metrem za darmo. Za wózek się nie płaci. Bilety można kupić w automatach przy wejściu do metra (płatność bilonem lub kartą). Jest kilka opcji: 30 minut (wystarczy na przejazd przez wszystkie stacje jednej linii) 24 CZK, 90 minut 32 CZK, 24h 110CZK, 72h 310 CZK. Dzieci do 15 roku życia mają zniżkę 50%.
  • ZWIEDZANIE Z MAŁYMI DZIEĆMI. Szczerze mówiąc nie ma co się nastawiać na jakieś szalone eksplorowanie miasta, bo dla dzieci jest to no cóż, nudne…Trzeba zwolnić tempo, zaliczyć kilka lodziarni (albo punktów z pizzą sprzedawaną w kawałkach), nastawić się na przebieganie dzieci przez bańki mydlane, które są puszczane chyba na każdym skwerku i ogólnie coś, co ja patetycznie nazywam „chłonięciem atmosfery miasta”. Oczywiście jest kilka miejsc, które warto przy okazji wizyty w Pradze zobaczyć, ale umówmy się – robimy to dla siebie, niekoniecznie dla maluchów. Nie sądzę, żeby moja niespełna trzyletnia Ninka zarejestrowała, że była na Hradczanach, a roczny Karolek rozumiał, że oto ma robione zdjęcie na moście swojego imiennika. Dość męczącym doznaniem było dla nas wejście z wózkami na szczyt wzgórza zamkowego, by zobaczyć wszystkie zabytki. Było bardzo pod górkę, a na dodatek ponad 30’C, więc byliśmy już tak zmęczeni, że naprawdę w połowie drogi chcieliśmy zrezygnować. Chętnie się dowiem, czy istnieje inna opcja wejścia na górę, bo my zdecydowanie wybraliśmy jakąś wybitnie wymagającą trasę. Oczywiście było warto – widoki zachwycające! Na szczęście tego dnia  zabraliśmy na zwiedzanie dwa wózki, ponieważ (słusznie) przypuszczaliśmy, że Ninka będzie chciała odpocząć w połowie dnia i szczerze mówiąc była to świetna decyzja, bo nie wyobrażam sobie noszenia jej na rękach w takich okolicznościach. Już wolę pchać 😉 Poza tym atrakcje turystyczne są tak oblegane, że w tym tłumie wolałam mieć dzieci bezpiecznie zapięte w wózku…

Zatłoczony Most Karola

Widok na Pragę ze wzgórza zamkowego

 

  • ATRAKCJE DLA DZIECI W PRADZE. Jedno słowo: zoo! Nie mam co prawda zbyt dużego porównania, ale praskie zoo jest oszałamiające! Gigantyczny teren, wspaniałe wykorzystanie ukształtowania terenu, mnóstwo ciekawych zwierząt (warany z komodo, niedźwiedzie polarne, słonie, krokodyle, lwy…) i ogromna frajda dla dzieci! Ninka biegała w kółko jak nakręcona, była zachwycona i to jedyne, co zapamiętała z całego weekendowego wyjazdu. Wejście dla dorosłych kosztuje 200 CZK, ulgowy bilet to koszt 150 CZK, dzieci do 3 lat wchodzą za darmo. Na terenie znajduje się wiele punktów z jedzeniem, a przy samym wyjściu restauracja z zaskakująco tanimi daniami. W zoo spędziliśmy ponad 5 godzin, a i tak staraliśmy się zwiedzać je w szybkim tempie, więc spokojnie można je zwiedzać przez pół dnia. Zoo znajduje się w malowniczej dzielnicy Troja, a samochód można zaparkować na jednym z pobliskich parkingów, z których jeździ darmowy autobus pod samą bramę wejściową zoo. O ile dobrze pamiętam, płaciliśmy za parking 50 CZK. Jest też możliwość zaparkowania jeszcze bliżej zoo, ale koszt jest większy. Zoo było jedyną typową dziecięcą atrakcją, którą udało nam się zobaczyć podczas naszego wyjazdu, ale oprócz tego można też zabrać dzieci np. do oceanarium albo do Muzeum Lego. Praga ma też wiele wspaniałych placów zabaw i ogrodów, w których dzieci mogą trochę odpocząć od miejskiego zgiełku. Możliwości jest sporo i wszystko zależy od zainteresowań dzieci.

  • JEDZENIE. W dużych miastach zawsze można znaleźć odpowiednie dla siebie knajpki czy restauracje, w przypadku Pragi również. My odwiedziliśmy „U Fleků”i jest to zdecydowanie miejsce warte obejrzenia, ale można tam niepostrzeżenie wydać bardzo sporą kwotę (szczegóły tutaj). Myślę, że większości dzieci będą smakować tradycyjne knedliki, więc można wchodzić w ciemno do każdej czeskiej restauracji. Na naszej liście była też restauracja Vytopna, w której niektóre potrawy i napoje są dowożone kolejką wprost do stolika, więc dla dzieci spora frajda. Niestety nie zdążyliśmy już tam zajść, ale przy następnej wizycie w Pradze obowiązkowo! Poza tym na każdym roku czają się budki ze street foodem, więc zdecydowanie nikt głodny nie będzie, ceny są normalne, moim zdaniem stosunkowo adekwatne do wielkości porcji.

Czy Praga z małymi dziećmi to dobry pomysł? Oczywiście, że tak! Wierzę, że każda wspólna podróż to wspaniałe doświadczenie i choć dzieci może nie będą jej pamiętać tak dobrze, jak dorośli, to i tak warto! Pragę polecam z całego serca, ale zważywszy na długość tras do pokonania, koniecznie z wózkiem lub nosidłem.

Strony, z których korzystałam w ramach przygotowań do wyjazdu:

Złota Praga

Dziecko w podróży

Dziecko w drodze

Pokochaj Czechy

Prague Experience

Lonely Planet

Kids in Prague

 

WAŻNE!

Wyjeżdżając za granicę polecam wyrobić darmową kartę EKUZ oraz wykupić ubezpieczenie turystyczne – koszt to zaledwie kilka złotych za dzień, a lepiej się zabezpieczyć!

 

 

Moje ulubione tanie kosmetyki – cz.1 pielęgnacja

Pewnego pięknego październikowego poranka, trzymając na rękach moją nowo narodzoną córeczkę, uświadomiłam sobie, że oto skończyły się czasy beztroskiego wydawania pieniędzy na bzdury. Dopiero wtedy, mając 27 lat, poczułam się dorosła. Zrozumiałam, że od teraz jestem odpowiedzialna nie tylko za siebie, także finansowo. Że moje nieroztropne zakupy mogą kiedyś odbić się na jej przyszłości. Że muszę zapewnić jej dobry start w przyszłość. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że zostawianie połowy wypłaty w Douglasie już nie wchodzi w grę. Zdecydowałam, że aby osiągnąć nasze finansowe cele, musimy spróbować obniżyć koszty naszego życia. Jednym z pierwszych i oczywistych kroków było podjęcie prób planowania posiłków. Kolejnym ograniczenie wydatków na kosmetyki i ubrania. Z ubraniami bywa różnie, ale w przypadku kosmetyków okazało się to o wiele prostsze, niż wcześniej myślałam. Przekopałam Internet wzdłuż i wszerz, zaczytywałam się w milionach recenzji i rankingów, przetestowałam wszystko na własnej skórze, aż znalazłam produkty, które satysfakcjonują mnie zarówno pod względem działania, dostępności, jak i ceny. Większość z nich dostaniecie w Rossmannie, co jest bardzo fajne, biorąc pod uwagę fakt, że ostatnimi czasy chętnie robią promocje -49% 🙂 Poznajcie moje ulubione tanie kosmetyki – dziś te do pielęgnacji, a w przyszłości do makijażu.

DO TWARZY:

  • i want. Pianka do twarzy (ok. 25 zł) Produkt koreański i jeden z kilku etapów mojej pielęgnacji. Pianka, którą polecam chyba każdemu, kogo spotkam. Nic, absolutnie nic, nie daje efektu tak odświeżonej skóry, jak ta pianka. Skóra jest tak czysta, że aż skrzypi, ale nie jest przesuszona, tylko mocno napięta, rewelacja! Produkty tej marki są chyba dostępne tylko w drogeriach Hebe.
  • Ziaja. Oczyszczanie liście manuka, pasta przeciw zaskórnikom (7,99 zł) Najbardziej gruboziarnisty turbo-peeling, jaki kiedykolwiek miałam na twarzy. Zdecydowanie nie jest odpowiedni dla bardzo wrażliwej skóry, ale dla pozostałych jest świetny.To kolejny produkt, po którym skóra wydaje się być nieskazitelnie czysta i kolejny, w przypadku którego zużyłam już kilka opakowań (albo i kilkanaście, bo używa go też Mój Mąż). W 2014 roku był jednym z Best Beauty Buys magazynu InStyle. I słusznie, jest prawdziwym hitem za śmiesznie niską cenę.
  • Vianek. Nawilżający tonik – mgiełka do twarzy (ok. 18 zł) Moja skóra jest sucha, więc zaraz po wyjściu spod prysznica MUSZĘ nałożyć coś na twarz. Vianek wspaniale nawilża skórę, jest wydajny i pięknie pachnie. Wiele osób zachwala produkty tej marki, więc niebawem planuję przetestować więcej kosmetyków z tej serii.

DO CIAŁA:

  • Bielenda. Vegan friendly, masło do ciała kokosowe (ok. 15 zł) Bardzo przyjemne w użytkowaniu masło do ciała. Zapach kokosa nie jest intensywny (jak dla mnie mógłby być jeszcze mocniejszy!). Warto pamiętać, że jest to masło, a nie balsam, więc konsystencja jest bardzo gęsta, ale ja taką lubię. Muszę mocno nawilżać ciało i ten kosmetyk idealnie się do tego nadaje. Lubię opakowania, z których można wygrzebać produkt do samego dna i tak jest w tym przypadku – nic się nie marnuje! Plus za naturalne składniki.
  • Alterra. Dezodorant w sprayu jojoba i szałwia (ok. 10 zł) Dezodorant, który kupiłam pod wpływem recenzji na którymś blogu prezentującym kosmetyki z dobrym składem. Troszkę powątpiewałam, czy coś tego typu w ogóle będzie działać, ale przetestowałam go podczas największych upałów i naprawdę działa. Ma bardzo świeży, orzeźwiający zapach. To moje największe kosmetyczne zaskoczenie tego lata!
  • Isana. Żele pod prysznic (3,99 zł) Mój ulubiony to ten z kokosem i marakują, ale właściwie każdy żel Isana jest fajny i wspominałam już o nich wielokrotnie. Za śmiesznie niską cenę (w promocjach nawet za 2,99 zł) dostajemy produkt, który fajnie pachnie, dobrze się pieni i no cóż…po prostu myje. Przestawiłam się na nie już kilka lat temu i nie zapowiada się, żebym szukała innych, te odpowiadają mi w 100%. Jeśli jeszcze nigdy nie próbowaliście, to dajcie im szansę podczas następnej wizyty w Rossmannie.

DO WŁOSÓW:

  • Kallos. Szampon z proteinami mleka (poniżej 10 zł za 1000ml) Mój najukochańszy szampon do włosów, a w połączeniu z maską do włosów (która kosztuje ok. 5 zł) duet idealny. Używam ich od lat, robiąc raz na jakiś czas krótkie przerwy na jakiś inny produkt, ale ostatecznie zawsze okazuje się, że w moim przypadku Kallos jest bezkonkurencyjny. Bardzo dobrze nawilża, bosko pachnie, a po umyciu włosów nie ma problemów z rozczesywaniem. Kallos ma też w swojej ofercie wiele innych produktów, które mają różne właściwości i równie pięknie pachną, np. maski miodowe, waniliowe, czekoladowe, arganowe…Generalnie każdy znajdzie coś dla siebie. Warto spróbować! Produkty najczęściej widywałam w drogeriach Hebe i Natura.
  • Isana. Lakier do włosów (6,99 zł) W przypadku tego kosmetyku nie użyję słowa hit, ponieważ nie jest jakoś wybitnie zachwycający, ale jest to produkt z serii „skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać”. Po prostu dorwałam go kiedyś w promocji za 3,99 zł, spróbowałam i okazało się, że nie widzę różnicy w stosunku do lakierów dwa razy droższych. Robię więc sobie małe zapasy podczas promocji i jestem zadowolona. Lakier utrwala fryzurę, a na tym zależy mi najbardziej. Nie wierzę w cuda i nie oczekuję powalającej objętości, więc jest dla mnie bez różnicy, czy kupuję wersję Volume czy może Color Shine. Podsumowując: dobry produkt w dobrej cenie.
  • Batiste. Suchy szampon do włosów (16,99 zł) Wiedziałam, że w moim zestawieniu obowiązkowo znajdzie się jakiś suchy szampon do włosów i szczerze mówiąc byłam pewna, że będzie to Isana (10 zł), ale po licznych testach i namysłach stwierdzam, że Batiste jest lepszy. Fajnie odświeża, ładnie pachnie i mam wrażenie, że pozostawia mniej białego osadu, niż Isana (a wyczesanie go z ciemnych włosów trochę trwa, więc im mniej tym lepiej!). Polecam wszystkim osobom, które czasem potrzebują szybkiego odświeżenia, a nie mają czasu lub możliwości na umycie włosów.

To wszystko! Moje ulubione tanie kosmetyki do pielęgnacji, na które polecam Wam zwrócić uwagę podczas kolejnych zakupów drogeryjnych. Czasem niepotrzebnie trzymamy się swoich starych kosmetyków, zapominając o tym, że na dolnych półkach czają się świetne produkty w bardzo korzystnych cenach! Jeśli więc Waszym celem jest zmniejszenie wydatków na kosmetyki, to polecam przyjrzeć się szczególnie tym marek własnych (Rossmann zdecydowanie wiedzie tu prym).

Jakie tanie kosmetyki możecie polecić? Lubicie testować nowości czy raczej trzymacie się swoich standardowych zestawów? 🙂

 

Moje ulubione gadżety biurowe do organizacji

Kupowanie różnych drobiazgów w sklepie papierniczym jest dla mnie wyjątkowo przyjemnym doznaniem. Z lubością grzebię w stosach zeszytów, długopisów i samoprzylepnych karteczek, w poszukiwaniu tych idealnych. Mój Mąż już tylko kręci głową, gdy wracam do domu z kolejnym gadżetem, ale co ja na to poradzę, że (a) wyglądają super, (b) na pewno KIEDYŚ je wykorzystam, (c) zazwyczaj nie są zbyt kosztowne, więc to takie niewinne hobby…Podobnie sprawa wygląda z wszelkiego rodzaju kalendarzami – nic przecież nie stoi na przeszkodzie, by mieć osobny na każdą dziedzinę życia, prawda? Tak, jestem uzależniona i w tym przypadku nie ma u mnie chyba szans na jakikolwiek minimalizm…Zobaczcie, jakie są moje ulubione gadżety do organizacji, bez których moje życie bez wątpienia byłoby bardziej chaotyczne, a już na pewno zdecydowanie mniej barwne!

  1. ZESZYT(-Y). Zeszyty trochę zastępują mi różnego rodzaju karteczki. Mam dość zamaszysty sposób pisania i bardzo nie lubię mieć mocno ograniczonej przestrzeni na karteczce (#problemy), więc zazwyczaj pod ręką trzymam jakiś większy zeszyt, w którym zapisuję luźne myśli, pomysły, nazwiska, tytuły i generalnie wszystko to, co później mi się przyda. W wolnej chwili przeglądam zeszyt, robię selekcję zapisanych tam informacji i przenoszę je gdzie indziej.
  2. TRELLO. Może nie do końca gadżet, ale nie mogę o nim nie wspomnieć, ponieważ to jest właśnie miejsce, do którego najczęściej wpisuję zeszytowe notatki. Ciężko mi uwierzyć, że podczas zeszłorocznego przeglądu aplikacji do zarządzania czasem i projektami, oceniłam ją raczej nisko. Właściwie chyba  po prostu nie doceniłam. Kilka miesięcy temu trafiłam na ten filmik na You Tube i dopiero, gdy zobaczyłam „na żywo”, jakie możliwości daje Trello, z miejsca się zakochałam i postanowiłam dać tej aplikacji kolejną szansę. W tej chwili zrezygnowałam już całkowicie z Nozbe i Evernote, a wszystkie informacje wrzucam właśnie do Trello i korzystam z niej pewnie kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt razy dziennie.
  3. KALENDARZ 2017/2018. Moja nowość, w której totalnie się zakochałam, bo w końcu znalazłam coś, co jest bliskie perfekcji. Oczywiście nie ma czegoś takiego, jak idealny kalendarz, bo wszyscy mamy różne potrzeby i godziny funkcjonowania. Jedni potrzebują kalendarza dziennego z rozpiską na 24 godziny, innym wystarczy mniej szczegółowy tydzień. Ja jestem w tej drugiej grupie. Miewam zadania, które muszę wykonać konkretnego dnia, ale raczej nie jest ich na tyle dużo, żebym potrzebowała na to aż całej strony w kalendarzu. Lubię widok na tydzień i lubię mieć miejsce na wpisanie zadań, ale bez przydzielania ich do konkretnych dni. Dokładnie tak, jak w moim nowym kalendarzu! Wpisuję tu moje priorytety, daty wyjazdów, rozplanowuję też tu blogowe posty i wszystkie kwestie związane z pracą.
  4. RODZINNY KALENDARZ ŚCIENNY. Wisi w naszej kuchni i to w nim zapisuję najważniejsze daty: urodziny, duże uroczystości i wizyty u lekarza. Lubię to, że każdy członek naszej rodziny ma tu swoją osobną kolumnę – dzięki temu jest bardzo czytelny! Korzystam ze zwykłego kalendarza kupionego w TKMaxx, ale bardzo podobny dostaniecie np. tutaj.
  5. PLANER NAJWAŻNIEJSZEJ RZECZY, czyli „The One Thing” planer od Ogarniam Się. Tutaj zapisuję sobie (jak sama nazwa wskazuje) jedną najważniejszą rzecz do zrobienia w danym dniu, ale zazwyczaj poniżej wypisuję jeszcze inne sprawy, które chciałabym załatwić. Więc właściwie nigdy nie kończy się u mnie na one thing 😉 Wszystko dlatego, że ten planer jest stojący, więc cały czas dokładnie widzę moją listę = nie zapomnę. Szczególnie, że często w ciągu dnia dochodzi wiele drobnych zadań, które do tej pory zapisywałam na małych karteczkach, które następnie zwiewał wiatr/wpadały za kanapę/wpadały w ręce dzieci/nieopatrznie wyrzucałam. Tutaj mam wszystko w jednym miejscu, na widoku.
  6. KARTECZKI SAMOPRZYLEPNE. W różnych kolorach i rozmiarach. Wcześniej wspominałam, że rzadko używam ich do robienia jakichś dłuższych notatek, za to wykorzystuję je w inny sposób! Są moimi zakładkami do książek, zaznaczam nimi ważne fragmenty/cytaty, używam podczas układania naszego menu, a nawet korzystałam z nich przy planowaniu przeprowadzki! Zdecydowanie must have!
  7. TAŚMY DEKORACYJNE. Celowo nie użyłam nazwy washi tape, bo nie wszystkie taśmy to washi. Ja kupuję różne, skupiając się raczej na wzorach, a niekoniecznie na grubości papieru, kryciu itp. Ostatnio moje zapasy bardzo się zmniejszyły, ponieważ pewna dziewczynka postanowiła poobklejać nimi wszystkie krzesła, ściany i malutkich chłopców, więc generalnie mam co nadrabiać. Taśm używam do zaznaczania wyjątkowych wydarzeń w kalendarzu, ale także do dekoracji czy podczas pakowania prezentów.

Jest też kilka gadżetów do organizacji, z których powoli się wycofuję, ponieważ widzę, że nie używam ich aż tak często, jak pierwotnie zakładałam. Są to między innymi cienkopisy w różnych kolorach (docelowo po jednym na każdą kategorię życia, ale jakoś częściej mam pod ręką ołówek czy zwykły długopis), spinacze (mam ich bardzo dużo, ale nie korzystam z nich jakoś wybitnie regularnie) i małe notesiki (jednak są dla mnie za małe, jeden w torebce w zupełności mi wystarcza).

Jakich gadżetów biurowych używacie najczęściej? Co pomaga Wam w organizacji?

Katalog IKEA 2018 – inspiracje

Ufff, możemy odetchnąć z ulgą! Po wielu tygodniach oczekiwania w końcu jest – nowy katalog IKEA 2018! Wiem, że nie tylko ja mam do niego słabość i nie jestem osamotniona w zaznaczaniu sobie stron z najciekawszymi aranżacjami i robieniu niemoralnie długiej listy zakupów. Jednak zanim dorwę wersję papierową katalogu, przejrzałam już go online i oczywiście oszalałam! Dodatkowo kilka dni temu miałam okazję robić zakupy w IKEA, więc widziałam część nowości na żywo i muszę przyznać, że jest to przyjemny powiew świeżości.

Wielu osobom nie podoba się to, że IKEA zaproponowała w tym roku dekoracje bardzo w stylu H&M Home, ale mi to nie przeszkadza. Było do przewidzenia, że po kilku latach królowania bieli i skandynawskiego minimalizmu, przyjdzie czas na coś bardziej hmmm…wystawnego. W nowym katalogu nie dominują już  wyłącznie jasne kolory – zostały zrównoważone ciemną zielenią, granatem, musztardą i szalenie efektownymi złotymi dodatkami. Ciemne kolory pojawiają się nie tylko na poszewkach poduszek i meblach, ale także na ścianach. Ja osobiście nie wyobrażam sobie siebie w tak ciemnych wnętrzach, ale dodatki bardzo do mnie przemawiają, z kilkoma wróciłam już nawet do domu. Nie będę się zbytnio rozpisywać na temat zawartości katalogu, ale pokażę Wam dziś kilka produktów, które mnie zachwyciły oraz kilka pięknych aranżacji, które będą moją inspiracją w nadchodzącym sezonie. Zdjęcia produktów pochodzą ze strony IKEA, a aranżacji z katalogu.

W katalogach IKEA zawsze szukam inspiracji na zagospodarowanie ścian. W naszym mieszkaniu mamy bardzo wysokie sufity (mimo obniżania), więc puste ściany wyglądają bardzo zimno i zdecydowanie rzuca się to w oczy, jeśli nie są odpowiednio zagospodarowane. Coraz częściej kusi mnie zrobienie dużych galerii  zdjęć w kilku pomieszczeniach i w nowym katalogu oczywiście nie zabrakło takich pomysłów:

Podoba mi się, że IKEA pokazuje przestrzenie, w których się normalnie żyje i funkcjonuje oraz to, że np. książki nie są poukładane w równym rządku. Zrobiło się tak…swojsko! Bo, jak mówiło hasło zeszłorocznej kampanii, nie musi być perfekcyjnie, żeby było idealnie!

Jadalnia idealna! Bardzo podoba mi się taki mix krzeseł, wygląda to rewelacyjnie! Jest jasno, przestronnie, ale jak widać pojawiają się powoli ciemniejsze akcenty (krzesła, półki, ramki…).

Zieleń, granat i złoto (te sztućce!!!) – prosta zastawa, a dzięki połączeniu różnych kolorów nabrała zupełnie innego charakteru!

Ciemne ściany w sypialni to pomysł, na który pewnie bym się nie odważyła (choć na pewno nie zarzekam się, że nigdy tego nie zrobię, bo pomysły miewam różne), ale samo połączenie różnych odcieni niebieskiego, granatu i szarości, wydaje mi się być ciekawym rozwiązaniem.

Im dłużej przyglądam się zdjęciu poniżej, tym bardziej mi się podoba. Tyle świetnych rozwiązań dla osób, które kącik dla dziecka postanowiły urządzić w swojej sypialni! Żałuję, że nie widziałam tego 3 lata temu, gdy szykowaliśmy kącik przed narodzinami Ninki…Urzekły mnie te dwie lampki chmurki (mamy taką, ale nie przyszło mi do głowy, żeby zawiesić ich więcej!), świetne wykorzystanie wiszącego domku (bo kto powiedział, że muszą tam stać tylko dekoracyjne bibeloty?) oraz świetnie przemyślany kącik do karmienia (z podnóżkiem i małym stolikiem obok).

Na moim blogu nie mogło oczywiście zabraknąć perfekcyjnie zorganizowanej szafy PAX – uczta dla oka!

 

W katalogu IKEA 2018 znajduje się mnóstwo uroczych nowości, które chętnie zobaczyłabym w swoim domu. Część z tych planów pewnie zrealizuję, a do pozostałych będę wzdychać na odległość, bo nie mam na nie zbytnio miejsca…

Tak jest na przykład w przypadku rewelacyjnej ramki MYRHEDEN (49,99 zł), którą z przyjemnością powiesiłabym nad biurkiem jako alternatywę dla np. korkowej tablicy na ważne informacje, ale niestety biurka nie mam i nie zapowiada się, by miało się u mnie pojawić w najbliższym czasie.

Szalenie podoba mi się także krzesło ODGER (279 zł), które występuje w kilku stonowanych kolorach. To taki produkt, który właściwie w każdym pomieszczeniu będzie dobrze wyglądał.

Podczas ostatniej wizyty w IKEA niemal pokłóciłam się z Mężem o stolik GLADOM (79,99 zł)! Ja uważam, że jest świetny i idealny do naszego salonu, za to On twierdzi, że nie mamy na niego miejsca. Debata trwa! (Właśnie doczytałam, że tak właściwie to nie stolik, a taca na stojaku, więc w sumie mam kolejny argument przemawiający za zakupem, bo to dwa w jednym! Bingo!)

Skórzane uchwyty ÖSTERNÄS (30 zł / 2 szt) to świetny sposób na szybką metamorfozę starych mebli. Bardzo, ale to bardzo mi się podobają i zastanawiam się już, do której szafki je przymocować!

Skoro już jesteśmy przy skórzanych uchwytach, to bardzo polecam Wam jeden z moich nowych nabytków, czyli torbę na bieliznę PLUMSA (39,99 zł), która właśnie takie uchwyty posiada. A oprócz tego ma nadruk w ciekawy geometryczny wzór, więc powinna spodobać się wszystkim fanom klasycznego skandynawskiego stylu. U nas wylądowała w pokoju dzieci, jako torba na drewniane klocki.

Moim wielkim marzeniem jest komplet sztućców TILLAGD (249 zł), który jest widoczny na jednym ze zdjęć wyżej. Mógłby być moim kompletem na specjalne okazje, poczułabym się wtedy taka dorosła, prawie jak Bree z Desperate Housewives 😉

Kopuła szklana z bazą BEGÅVNING (29,99 zł, ale są też większe/droższe), to pierwsza rzecz, którą ostatnio wrzuciłam do koszyka. Cena na poziomie Pepco, fajna jakość i po prostu bardzo ładna dekoracja. Widzę w niej duży potencjał!

Ostatnią ciekawą rzeczą, którą chcę Wam dziś pokazać, jest odpowiedź na moje problemy ze stworzeniem ładnej galerii zdjęć – szablon ścienny MÅTTEBY (15,99 zł / komplet 4 szt). Gdy ostatnio byliśmy w IKEA, to niestety nigdzie ich nie było, chyba wszystkie zostały wykupione, nad czym bardzo ubolewam. Jestem jednak zdeterminowana, żeby je zdobyć, bo to po prostu rewelacyjny pomysł! Dodatkowo można sobie te szablony pociąć i zrobić mniejsze galerie zdjęć, no genialne!

Jestem bardzo ciekawa, jak Wam się podoba katalog IKEA 2018 – czy odpowiada Wam ten nowy, mniej minimalistyczny styl? Znaleźliście wśród nowości jakieś produkty dla siebie? 

Co spakować na weekendowy wyjazd?

Pakowanie walizki. Dla wielu osób najmniej przyjemny punkt przygotowań do wyjazdu. Dla mnie po prostu kolejna czynność do odhaczenia z listy zadań. Im dłużej o tym myślę, tym częściej dochodzę do wniosku, że właściwie lubię się pakować. Może po prostu dlatego, że ostatnio tak rzadko gdzieś wyjeżdżamy? Dawno, dawno temu, gdy jeszcze byłam bardzo aktywna zawodowo, co chwilę zdarzały mi się krótkie wyjazdy służbowe i chyba wtedy nauczyłam się kilku sztuczek, które znacznie usprawniają cały proces. W dzisiejszym wpisie postaram się odpowiedzieć na pytanie, co spakować na weekendowy wyjazd, by na miejscu uniknąć rozterek typu „Jak mogłam o tym zapomnieć?” i zbyt ciężkiego bagażu! Piszę o wyjeździe weekendowym, ponieważ na taki akurat się wybieram i wykorzystałam okazję do porobienia zdjęć, ale większość rad można wykorzystać także podczas dłuższych podróży.

 

PRZYGOTOWANIA:

  1. Sprawdź prognozę pogody. Ja ostatnio korzystam z norweskiej strony yr.no (spokojnie, jest wersja angielska), która ponoć sprawdza się w 100% . Chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego warto wiedzieć, jakie warunki atmosferyczne będą panować w miejscu, do którego się wybierasz…Sprawdzaj prognozę regularnie, ponieważ te długoterminowe często się zmieniają – może nie jakoś drastycznie, ale jednak. Ja na przykład muszę się przepakować, ponieważ prognozy właśnie się zmieniły i prawdopodobnie będzie o wiele cieplej, niż zakładałam (nie żebym narzekała, ale to całkowicie zmienia zawartość mojej walizki!).
  2. Zaplanuj swoją aktywność. Najlepiej jak najbardziej szczegółowo. Co innego spakujesz jadąc na weekend z koleżankami, a co innego wybierając się na zwiedzanie czy górskie wędrówki. Ja jadę na weekend do Pragi i już teraz wiem, że podstawą mojej garderoby będą rzeczy wygodne, ponieważ planujemy przejść to miasto wzdłuż i wszerz. Nie muszę zatem brać ani rzeczy eleganckich ani na przykład stroju kąpielowego. Ma być ładnie i wygodnie.
  3. Wybierz paletę kolorystyczną. Wiesz już mniej więcej, jakiego typu ubrań potrzebujesz, więc teraz wybierz jedną paletę kolorów, według której wybierzesz konkretne ubrania. Da Ci to pewność, że wszystko będzie do siebie pasować i znacznie zawęzi wybór. Pamiętaj, że ilość miejsca w walizce jest ograniczona!
  4. Wybierz ubrania, buty i akcesoria. Dość popularną metodą ograniczenia ilości rzeczy do spakowania jest zastosowanie schematu 5-4-3-2-1. Pod każdą cyferką kryje się kategoria ubrań (czyli ich ilość). Np. 5 akcesoriów, 4 góry, 3 pary butów, 2 doły, 1 sukienka. Problem w tym, że takich schematów znalazłam w Internecie mnóstwo, każdy inny. Trudno tu zatem mówić o jakiejś uniwersalności tego rozwiązania, ale mimo wszystko dobrze jest mieć gdzieś z tyłu głowy świadomość, że ilość branych przez nas ubrań powinna się ograniczyć do zaledwie kilku sztuk. Ja planowałam zabrać 5 akcesoriów (okulary przeciwsłoneczne, zegarek, naszyjnik, torebkę i szal), 4 góry (2 t-shirty, biała uniwersalna bluzka, cieplejsza bluza), 3 doły (2 pary dżinsów i szorty), 2 pary butów (sportowe i sandały), 1 sukienkę. Dodatkowo 4 komplety bielizny i 2 okrycia wierzchnie. Oczywiście zadowolona z siebie już wszystko wyprasowałam i spakowałam na potrzeby tego wpisu i planowałam już jechać z tak skompletowaną walizką, ale temperatura ma podskoczyć z 22’C na 29’C, co sprawia, że muszę wszystko przepakować i w miejsce grubszych rzeczy wrzucić coś bardziej letniego. Pamiętaj, że część z tych ubrań możesz ubrać na podróż (najlepiej te największe/najgrubsze) i dzięki temu zaoszczędzić trochę miejsca w walizce! Ja lubię rozwiesić sobie wszystko najpierw na wieszaku i dokładnie przemyśleć, co do czego pasuje, co kiedy ubiorę itd.
  5. Sprawdź, co gwarantuje hotel. Ponieważ pakujemy nie tylko ubrania, ale także inne przydatne rzeczy, warto sprawdzić dokładnie, co zastaniemy w miejscu noclegu. Coraz częściej nie trzeba wozić ze sobą suszarki, ręczników czy nawet niektórych kosmetyków, ponieważ wszystko zapewnia hotel.

EDIT: Ostatecznie spakowałam:

  • małą torebkę przez ramię (resztę upchnę w torbie do wózka)
  • okulary
  • dżinsy
  • dżinsowe szorty
  • 3 koszulki z krótkim rękawem
  • 1 białą bluzkę z krótkim rękawem
  • 1 kombinezon, który pełni funkcję sukienki
  • 1 bluzę
  • rozpinaną dżinsową koszulę
  • cienką czarną parkę z kapturem
  • sandały
  • sportowe buty
  • bieliznę

 

PAKOWANIE:

Chcę Wam pokazać, jak spakowałam to wszystko do najmniejszej walizeczki, jaką posiadam, czyli walizki kabinowej z Ochnika. Jest naprawdę malutka, ale zaskakująco pojemna. Właściwie to spokojnie mogłam spakować się do czegoś większego, bo jedziemy samochodem, ale chciałam udowodnić sobie, że się zmieszczę! Na początku wybrałam sobie ubrania na podróż – sportowe buty, które zajmują sporo miejsca, bluzę (wyruszamy o świcie, więc może być jeszcze chłodno) i dżinsy. Pozostałe ubrania wylądowały w walizce. Zastosowałam popularną metodę rolowania (tutaj znajdziesz wiele instruktażowych filmików) i ułożyłam wszystkie ubrania na dnie walizki.

Buty włożyłam do ochronnego woreczka (w tym przypadku jest woreczek na mrożonki z IKEI) i położyłam z boku walizki, ponieważ nie zajmują dużo miejsca. Gdyby były większe, ułożyłabym je po prostu na samym dole walizki, a ubrania wokół i na górze.

Bieliznę również można zrolować lub poskładać do mniejszych rozmiarów i (a) włożyć do butów, (b) poukładać w wolnych przestrzeniach po bokach walizki, (c) włożyć do organizera. Ja wybrałam ostatnią opcję, ponieważ miałam jeszcze trochę miejsca. W dużej kosmetyczce zmieściłam majtki, biustonosze (złożone w pół), skarpetki i zrolowaną piżamę).  Dorzuciłam też woreczek na brudną bieliznę.

Bardzo fajnym sposobem jest pakowanie każdego kompletu ubrań do osobnego woreczka. Ja nie odczuwam potrzeby robienia tego z moimi ubraniami, ale zrobię tak z ubrankami dzieci. Właściwie chyba zrobię cały osobny wpis na temat pakowania dzieci, bo to temat rzeka!

 

PAKOWANIE KOSMETYKÓW:

W tym przypadku jestem wielką zwolenniczką różnej wielkości kosmetyczek. Lubię mieć ich kilka, dwie to absolutne minimum – jedna na kosmetyki do pielęgnacji, a druga na kosmetyki do makijażu. Zazwyczaj jest jeszcze trzecia, z niezbędnikami do torebki. Na ten konkretny wyjazd mogę zabrać ze sobą co chcę, bo jak już wspominałam jedziemy samochodem, ale oczywiście należy pamiętać, że na podróż samolotem trzeba spakować mniejsze pojemności kosmetyków. Ja chętnie zbieram różnego rodzaju próbki i miniaturki i później wykorzystuję je przy okazji wyjazdów. Mam też zestaw pustych 100ml pojemników, do których w razie potrzeby przelewam np. szampon i odżywkę do włosów. Moja główna kosmetyczka jest bardzo pojemna, więc zmieszczą się w niej kosmetyki dla całej rodziny, a ona sama idealnie wchodzi w drugą część walizki.

Co spakowałam?

  • żel pod prysznic (miniaturka)
  • maszynka do golenia
  • szampon (przelałam do mniejszego pojemnika)
  • odżywka do włosów (miniaturka)
  • balsam do ciała (próbki)
  • olejek do mycia twarzy (normalnej wielkości)
  • pianka do mycia twarzy (normalnej wielkości)
  • tonik (normalnej wielkości)
  • krem do twarzy (próbki)
  • suchy szampon (miniaturka)
  • lakier do włosów (miniaturka)
  • krem do rąk
  • krem do stóp
  • dezodorant
  • pasta do zębów
  • szczoteczka do zębów
  • nić dentystyczna
  • szczotka do włosów
  • krem z filtrem
  • kosmetyki do makijażu

 

POZOSTAŁE DROBIAZGI:

Obowiązkowo pakuję jeszcze ładowarki (można je schować np. do etui po okularach, żeby się nie plątały po walizce), aparat fotograficzny i tablet. Oczywiście pakuję też lekarstwa, plastry i kilka innych przydatnych moim zdaniem gadżetów, ale idą one raczej do torby z wózka lub torebki. Wiem już, że w moim przypadku nie ma sensu pakowanie miliona gazet, książek, kalendarzy i tym podobnych, bo po prostu nie będę miała na to czasu…Jedna lektura na drogę wystarczy, bo ostatecznie i tak większość podróży upłynie mi na odpowiadaniu na dwa pytania: „Dokąd jedziemy?” i „Daleko jeszcze?” 😉

 

Czy teraz wiesz już, co spakować na weekendowy wyjazd i jak to zrobić? Mam nadzieję, że tak! Jeśli znasz jakieś inne podróżne triki, podziel się nimi w komentarzu – chętnie skorzystamy z Twojego doświadczenia!