All posts by zorganizowana

Test produktów Prouvé

Czasy, gdy wszystkie produkty do sprzątania pachniały cytrusami, lasem lub morską bryzą, powoli odchodzą w niepamięć. Coraz więcej firm zaczyna rozumieć, że sprzątanie nie musi być wyłącznie skuteczne, może też być po prostu przyjemne. W dzisiejszym wpisie chciałabym przedstawić Wam wyniki testu produktów marki Prouvé, która jest nowością na naszym rynku, a w swojej ofercie oprócz perfum dla kobiet i mężczyzn, ma także produkty do domu – i na nich się oczywiście skupię w tym wpisie. Na stronie internetowej firmy znalazłam taką informację:

„Poznając nasze produkty uśmiechniesz się co najmniej trzy razy. Pierwszy raz, jak poczujesz piękny zapach. Drugi raz, gdy sprawdzisz ich działanie, a trzeci, gdy zobaczysz ich cenę.”

Brzmi intrygująco, prawda? 🙂 Zaczynamy!

PIERWSZE WRAŻENIE

Do przetestowania miałam kilka produktów z różnych kategorii i pierwszą rzeczą, którą zauważyłam po otworzeniu paczki był…zapach. Generalnie kartony nie pachną, wręcz przeciwnie, a tutaj, choć produkty były szczelnie zamknięte, paczka po prostu ładnie pachniała.

Produkty są bardzo dopracowane wizualnie, białe, minimalistyczne, po prostu och i ach. Na odwrocie znajdują się między innymi szczegółowe informacje dotyczące przeznaczenia danego środka, sposobu jego użycia, a także pięknie rozrysowane nuty zapachowe.

Większość produktów znajduje się w butlach, do których można domówić końcówki (spryskiwacz lub flip-top).

TEST PRODUKTÓW

Zawsze przy okazji testowania produktów do sprzątania czuję się zobowiązana podkreślić, że ponieważ sprzątam regularnie, to nie mam w domu na tyle dużego brudu, by móc obiektywnie określić, jaka jest pełna skuteczność danego środka. O ile jestem w stanie przez tydzień nie myć kabiny prysznicowej, by zgromadził się na niej jakiś osad z mydła, to w tak krótkim okresie czasu raczej nie wyhoduję grubej warstwy pleśni, kurzu czy rdzy. Mimo to mam nadzieję, że moje spostrzeżenia będą dla Was przydatne!

  • ŚRODKI DO PRANIA

Przetestowałam dwa – żel do prania tkanin ciemnych i czarnych (23 zł/1000 ml) oraz perfumowaną odżywkę do tkanin (23 zł/1000 ml). Żel do ciemnych tkanin ciężko mi ocenić – moja czerń nadal jest czarna, choć może faktycznie bez jakiegoś delikatnego nalotu. Zapach ciężko mi określić, w moim odczuciu nie jest zbyt intensywny. O ile ten żel nie zrobił na mnie większego wrażenia, to już perfumowaną odżywką jestem zachwycona! Pachnie obłędnie (wanilia, gruszka, czekolada!), zapach utrzymuje się długo, a pranie jest bardzo miękkie i przyjemne w dotyku. Uwielbiam i bardzo polecam!

  • KUCHNIA

Pierwszym produktem, który przetestowałam z tej kategorii, jest odtłuszczacz (16,00 zł/500 ml). Tutaj znowu mam problem z zapachem, bo jakoś go za bardzo nie czułam podczas używania. Tzn. jest, owszem, ale nie jest mocny (taki bardziej owocowy). Choć właściwie w kuchni to może i plus. Środek jest skuteczny, myłam nim kuchenkę i okap, zadziałał bez zarzutu. Kolejny produkt, to mój mały hit – pianka neutralizująca przykre zapachy (16,00 zł/250 ml). Jest to faktycznie pianka, na dodatek dość gęsta i różniąca się od zwykłych mydeł w płynie. Skóra jest po niej czysta, pachnąca (kwiatowe nuty) i absolutnie nie jest przesuszona. Skutecznie usuwa przykre zapachy (testowałam na czosnku i rybie). Naprawdę świetny produkt!

  • ŁAZIENKA

W łazience przetestowałam spray do mycia kabin prysznicowych (13,00 zł/500 ml). Ma dość mocny malinowy zapach, co powinno spodobać się fanom owocowych nut. Według producenta wystarczy spryskać nim kabinę, odczekać chwilę i spłukać, ale ja jakoś zawsze odczuwam potrzebę szorowania, co też uczyniłam i tym razem. W efekcie kabina była czysta, błyszcząca i pachnąca, choć zapach nie utrzymał się jakoś bardzo długo.

  • PRODUKTY UNIWERSALNE

Uniwersalne, bo do zastosowania w różnych pomieszczeniach, wedle potrzeb. Z tej kategorii sprawdziłam dwa produkty: aksamitne mleczko do czyszczenia (14,00 zł/500 ml) oraz żel do usuwania kamienia i rdzy (13,00 zł/500 ml). Ten pierwszy zachwycił mnie zapachem, który nie dość, że jest piękny (podejrzewam, że to drzewo sandałowe tak mnie urzekło), to jeszcze długo się utrzymuje. Konsystencja mleczka faktycznie jest aksamitna, więc nie ma obaw o porysowanie powierzchni. Ładnie czyści, nie pozostawia białego osadu (wręcz przeciwnie, nadaje połysk). To mój kolejny hit z oferty Prouvé! Z kolei żel do usuwania kamienia i rdzy jest po prostu…skuteczny. Miałam za mało rdzy, by sprawdzić go w ciężkim warunkach, ale przy moim kranie spisał się znakomicie.

  • INNE

W moje ręce wpadł również świetny zestaw worków podróżnych (strasznie żałuję, że nie miałam ich przy sobie, gdy jechałam do Pragi!). Są śliczne, idealnie wpisują się w moją estetykę, ale oczywiście poza tym podoba mi się ich ogólne przeznaczenie – służą do segregowania bielizny podczas wyjazdów. Prawda, że miła alternatywa dla zwykłej reklamówki foliowej? 🙂 Kosztują 25 zł za 2 sztuki i są całkiem spore (musiałam je poskładać do zdjęć, by zmieściły się w kadrze!).

PODSUMOWANIE

Produkty Prouvé polecam każdej osobie, która ceni sobie w domu piękne zapachy – są naprawdę wyjątkowe! Oczywiście wszystko zależy od indywidualnych preferencji (ja na przykład nie lubię owocowych zapachów), ale jestem pewna, że każdy znajdzie coś dla siebie. Produkty są skuteczne i używa się ich przyjemnie, czyli główny cel zrealizowany. Wiem, że kwestia ekologii i bezpieczeństwa stosowanych środków jest dla Was bardzo ważna, dlatego pozwolę sobie znów zacytować, co producent mówi na ten temat:

„Czy Prouvé dba o środowisko? Na każdym z naszych opakowań znajdziesz znaczek „Yes, we care”, ponieważ odpowiedź brzmi: tak, dbamy. Tak, zależy nam. Dbamy o środowisko, ale nie udajemy, że mamy w 100% naturalne środki. Wykorzystujemy najnowsze nowinki techniczne i odkrycia w dziedzinie chemii, by Twoje życie było łatwiejsze. Ograniczamy do minimum alergeny, parabeny, SLS-y i wybielacze. Nasze formuły są biodegradowalne, a opakowania nadają się w całości do recyklingu. Produkty testujemy wyłącznie na sobie, nigdy nie na zwierzętach.”

Po więcej szczegółów i w celu zapoznania się z całą ofertą marki, zapraszam na stronę internetową Prouvé!

 

Jak po kryzysie powrócić do zorganizowanego życia?

Zdarza się to chyba każdemu. Albo przynajmniej zdarzyło raz. Moment w życiu, kiedy nie ma się na nic siły, kiedy dopada choroba, liczne wyjazdy, nagłe kryzysy. Czas, kiedy sprzątanie i organizowanie jest ostatnią rzeczą, o której się myśli. Dni, które błyskawicznie zmieniają się w tygodnie, podczas których nie udaje się zrealizować nawet połowy zamierzonych planów. Rośnie lista zadań, rosną sterty prania i nieumytych naczyń. Rosną też wyrzuty sumienia. Czy z tej sytuacji da się w miarę sprawnie wyjść? Oczywiście, że tak i dziś pokażę Wam jak, ponieważ niedawno sama musiałam po chwilowym kryzysie powrócić do zorganizowanego życia! U mnie problem zaczął się już w połowie wiosny, a apogeum chaosu osiągnęłam podczas wakacji, kiedy to każdą wolną chwilę spędzaliśmy na świeżym powietrzu, a do domu wpadaliśmy głównie na posiłki, no i spanie. Wiele spraw zaczęłam odkładać na później, na wiele kwestii zaczęłam przymykać oko, aż w końcu nadszedł wrzesień, Ninka poszła do przedszkola, a ja uznałam, że to najlepszy moment na powrót na dobrą organizacyjną ścieżkę. Oto, co zrobiłam:

  • LISTA ZADAŃ. Zapisałam sobie na kartce WSZYSTKO, od najdrobniejszych zadań, aż po te bardzo absorbujące. Chciałam wyrzucić z głowy wszystkie sprawy, które gdzieś tam przechodziły mi przez myśl, żeby uniknąć tego irytującego uczucia typu coś chyba jeszcze miałam zrobić. Następnie wszystkie te informacje zapisałam sobie w Trello, żeby mieć je zawsze przy sobie. Trochę czasu mi to zajęło, ale w końcu mam poczucie, że odzyskuję kontrolę nad zadaniami. Mam tu na myśli głównie prace domowe, bo z tych zawodowych zawsze staram się wywiązywać terminowo. Upewniłam się też, że wszystkie ważne terminy mam wpisane w kalendarz.
  • MAŁE ORGANIZACYJNE ZADANIE NA KAŻDY DZIEŃ. Niedawno pokazywałam Wam moje ulubione biurowe gadżety do organizacji. Tworzyłam ten wpis na początku mojego powrotu do uporządkowanego życia i wciąż bardzo przydaje mi się stojący „The One Thing” planer, w którym zapisuję sobie moje priorytety na dany dzień. Nie ograniczam się do jednego, zazwyczaj jest ich kilka, ale teraz każdego dnia dodaję sobie też jakieś typowo porządkowo-organizacyjne zadanie, o którym wiem, że nie zajmie mi więcej, niż 15 minut. Zazwyczaj jest to porządek w której szufladzie albo np. umycie frontów szafek. Bardzo polecam rozłożenie sobie wszystkich organizacyjnych projektów w czasie – szczególnie, jeśli macie go stosunkowo mało.
  • NAJBARDZIEJ „BAŁAGANIĄCE” ZADANIA JAKO TYGODNIOWY PRIORYTET. Małe zadania, o których wspominam wyżej, to pikuś w porównaniu do tych, które wiążą się ze zrobieniem dużego chaosu. Dla mnie takim niezwykle „bałaganiącym” zadaniem jest np. posegregowanie wszystkich naszych ubrań, przygotowanie ich na sprzedaż, zrobienie zdjęć i wystawienie na aukcjach. Dopóki tego nie zrobię, kartony z ubraniami będą tarasować przedpokój, dlatego chcę mieć to już za sobą. Nie zrobię tego w 15 minut, ale jeśli zaplanuję odpowiednio wcześniej, to mogę wybrać dzień, kiedy np. Mąż będzie w domu i mi pomoże, a dzieci będę mogła podrzucić na ten czas Babci. Podobnie np. z dokładnym myciem kanap, porządkach w jakiejś bardzo zagraconej szafie itp. Dobrze jest wykonać chociaż jedno cięższe zadanie w tygodniu, by stopniowo dochodzić do stanu sprzed kryzysu.
  • ZASADA 3 MINUT. Wróciłam też do słynnej zasady, według której jeśli dana czynność zajmie mniej niż 3 minuty, to należy wykonać ją od razu, bez odkładania na później – to działa!
  • CODZIENNA RUTYNA. O tym, jak wygląda nasz typowy dzień (teraz, gdy Ninka chodzi do przedszkola, a ja pracuję w domu i opiekuję się przy tym Karolkiem) opowiem Wam w innym wpisie, ale fakt jest taki, że postanowiłam te zmiany w harmonogramie wykorzystać i stworzyć nam nowy plan dnia, wplatając w niego pewne automatycznie wykonywane czynności, dzięki którym nasz dom wygląda teraz trochę lepiej, niż podczas wakacji 😉 Szczegóły niebawem!
  • PLANOWANIE POSIŁKÓW. A ja znowu jak zdarta płyta, ciągle o planowaniu menu 😉 Ale prawda jest taka, że to pomaga i pozwala unikać marnowania czasu na codzienne bieganie w panice na zakupy (gdy ten czas można lepiej spożytkować). Na początek polecam spróbować tak komponować przepisy, by wykorzystać jak największą ilość dostępnych w domu produktów. One nie są wieczne, a te stojące gdzieś w rogu szafki mogą już zbliżać się do końca terminu przydatności, więc warto wysunąć je na przód i jak najszybciej zjeść.
  • INSPIRACJA. Nic, absolutnie nic, nie motywuje mnie tak bardzo do robienia porządków, jak widok pięknie zorganizowanych wnętrz! Zazwyczaj wieczorem, na sam koniec dnia, daję sobie chwilę na przeglądanie Pinterest i wzdychanie do tych wszystkich idealnie uporządkowanych spiżarni…Tutaj możecie zobaczyć tablice z moimi inspiracjami.
  • CZAS DLA SIEBIE. Utrzymanie porządku jest dla mnie ważne, ale zawsze obowiązkowo znajduję czas na odpoczynek i chwilę na swoje przyjemności. To dla mnie bardzo ważne, bo gdybym od rana do wieczora tylko sprzątała i ustawiała książki w równym rządku, to byłabym bardzo nieszczęśliwą i sfrustrowaną kobietą. A tego chyba nie chce nikt 😉 Umiar to słowo klucz!

To tyle! Wygląda na to, że aby powrócić do zorganizowanego życia trzeba po prostu…zacząć coś robić! Bardzo polecam Wam także ten wpis, w którym opisuję krok po kroku, jak zacząć organizację życia i domu (zawiera wiele przydatnych linków!) 🙂

 

Praga z małymi dziećmi – kilka praktycznych porad

Wychodzę z założenia, że do każdej podróży należy się odpowiednio przygotować i nie mam tu na myśli tylko pakowania walizki, ale również, a może przede wszystkim, zdobycie jak największej ilości praktycznych informacji dotyczących miejsca, do którego się wybieramy. Szczególnie, gdy podróżujemy z dziećmi! Lubię dużo wiedzieć, więc przed naszym sierpniowym wyjazdem do Pragi standardowo zasiadłam przed komputerem z notatnikiem i zaczęłam robić listę wszystkich miejsc, które chcemy odwiedzić, cen biletów wstępu, rekomendowanych restauracji itp. (na końcu tego wpisu zamieściłam listę ze stronami internetowymi, z których najczęściej korzystałam). Standardowo już rzeczywistość w wielu przypadkach zweryfikowała moje ambitne plany, ale dzięki temu mam argument, żeby do Pragi wrócić i wszystko nadrobić! Absolutnie nie uważam się za znawcę tego miasta, ale jeśli Praga z małymi dziećmi to cel Twojej najbliższej podróży, to zerknij na kilka moich praktycznych porad, które (mam nadzieję!) rozwieją kilka wątpliwości i okażą się pomocne podczas wyjazdu.

  • CO SPAKOWAĆ? Na szczęście klimat w Czechach jest taki sam, jak w Polsce, więc nie trzeba się obawiać meteorologicznych zaskoczeń. O tym co i jak spakowałam na nasz weekendowy wyjazd pisałam tutaj. Najważniejsze – wygodne buty, bo chodzenia jest naprawdę sporo!
  • GDZIE NOCOWAĆ? Mam wrażenie, że większość osób lubi nocować jak najbliżej centrum, żeby być blisko wszystkich knajpek i atrakcji, ale przy małych dzieciach niekoniecznie jest to dobre rozwiązanie, chociażby ze względu na hałas. My wybraliśmy nocleg w dzielnicy oddalonej od centrum, ale jednocześnie znajdującej się blisko stacji metra (15 minut) i tramwajów (1 minuta). Bardzo polecam korzystać z komunikacji miejskiej, ponieważ jest świetnie zorganizowana i po prostu tania i wygodna. Poniżej mapka stacji praskiego metra – najwygodniej jest wysiąść na stacji Muzeum, Můstek lub Staroměstská i stamtąd ruszyć na zwiedzanie. My nocowaliśmy w dzielnicy Strasnicka (Praga 10), a do stacji Můstek mieliśmy około 15 minut metrem. Zaletą nocowania poza centrum są też oczywiście ceny. Wynajęliśmy cały apartament z tarasem (jechaliśmy w 6 osób, w tym 3 dzieci) za pośrednictwem booking.com i suma za wszystkich za dwie noce, włącznie z kosztami sprzątania itp. wyniosła 190 euro. Warto też zwrócić uwagę na parking, my szukaliśmy opcji z tym bezpłatnym.

  • METREM Z WÓZKAMI. Na powyższej mapce widać, że niektóre stacje metra są oznaczone jako te z udogodnieniami dla osób niepełnosprawnych (w tym również dla wózków). Czasem jest to standardowa winda, ale w niektórych miejscach można trafić na platformę, która zamontowana jest z boku schodów (porusza się żółwim tempem, ale najważniejsze, że działa). Na innych stacjach są ruchome schody, wystarczająco szerokie, by zmieścić się na nich z wózkiem. Progi przy wejściu do metra są niskie, więc wchodzenie jest bezproblemowe. W środku też jest na tyle dużo miejsca, że nie trzeba się obawiać, że wózek zatarasuje całe przejście. Dzieci poniżej 6 roku życia podróżują metrem za darmo. Za wózek się nie płaci. Bilety można kupić w automatach przy wejściu do metra (płatność bilonem lub kartą). Jest kilka opcji: 30 minut (wystarczy na przejazd przez wszystkie stacje jednej linii) 24 CZK, 90 minut 32 CZK, 24h 110CZK, 72h 310 CZK. Dzieci do 15 roku życia mają zniżkę 50%.
  • ZWIEDZANIE Z MAŁYMI DZIEĆMI. Szczerze mówiąc nie ma co się nastawiać na jakieś szalone eksplorowanie miasta, bo dla dzieci jest to no cóż, nudne…Trzeba zwolnić tempo, zaliczyć kilka lodziarni (albo punktów z pizzą sprzedawaną w kawałkach), nastawić się na przebieganie dzieci przez bańki mydlane, które są puszczane chyba na każdym skwerku i ogólnie coś, co ja patetycznie nazywam „chłonięciem atmosfery miasta”. Oczywiście jest kilka miejsc, które warto przy okazji wizyty w Pradze zobaczyć, ale umówmy się – robimy to dla siebie, niekoniecznie dla maluchów. Nie sądzę, żeby moja niespełna trzyletnia Ninka zarejestrowała, że była na Hradczanach, a roczny Karolek rozumiał, że oto ma robione zdjęcie na moście swojego imiennika. Dość męczącym doznaniem było dla nas wejście z wózkami na szczyt wzgórza zamkowego, by zobaczyć wszystkie zabytki. Było bardzo pod górkę, a na dodatek ponad 30’C, więc byliśmy już tak zmęczeni, że naprawdę w połowie drogi chcieliśmy zrezygnować. Chętnie się dowiem, czy istnieje inna opcja wejścia na górę, bo my zdecydowanie wybraliśmy jakąś wybitnie wymagającą trasę. Oczywiście było warto – widoki zachwycające! Na szczęście tego dnia  zabraliśmy na zwiedzanie dwa wózki, ponieważ (słusznie) przypuszczaliśmy, że Ninka będzie chciała odpocząć w połowie dnia i szczerze mówiąc była to świetna decyzja, bo nie wyobrażam sobie noszenia jej na rękach w takich okolicznościach. Już wolę pchać 😉 Poza tym atrakcje turystyczne są tak oblegane, że w tym tłumie wolałam mieć dzieci bezpiecznie zapięte w wózku…

Zatłoczony Most Karola

Widok na Pragę ze wzgórza zamkowego

 

  • ATRAKCJE DLA DZIECI W PRADZE. Jedno słowo: zoo! Nie mam co prawda zbyt dużego porównania, ale praskie zoo jest oszałamiające! Gigantyczny teren, wspaniałe wykorzystanie ukształtowania terenu, mnóstwo ciekawych zwierząt (warany z komodo, niedźwiedzie polarne, słonie, krokodyle, lwy…) i ogromna frajda dla dzieci! Ninka biegała w kółko jak nakręcona, była zachwycona i to jedyne, co zapamiętała z całego weekendowego wyjazdu. Wejście dla dorosłych kosztuje 200 CZK, ulgowy bilet to koszt 150 CZK, dzieci do 3 lat wchodzą za darmo. Na terenie znajduje się wiele punktów z jedzeniem, a przy samym wyjściu restauracja z zaskakująco tanimi daniami. W zoo spędziliśmy ponad 5 godzin, a i tak staraliśmy się zwiedzać je w szybkim tempie, więc spokojnie można je zwiedzać przez pół dnia. Zoo znajduje się w malowniczej dzielnicy Troja, a samochód można zaparkować na jednym z pobliskich parkingów, z których jeździ darmowy autobus pod samą bramę wejściową zoo. O ile dobrze pamiętam, płaciliśmy za parking 50 CZK. Jest też możliwość zaparkowania jeszcze bliżej zoo, ale koszt jest większy. Zoo było jedyną typową dziecięcą atrakcją, którą udało nam się zobaczyć podczas naszego wyjazdu, ale oprócz tego można też zabrać dzieci np. do oceanarium albo do Muzeum Lego. Praga ma też wiele wspaniałych placów zabaw i ogrodów, w których dzieci mogą trochę odpocząć od miejskiego zgiełku. Możliwości jest sporo i wszystko zależy od zainteresowań dzieci.

  • JEDZENIE. W dużych miastach zawsze można znaleźć odpowiednie dla siebie knajpki czy restauracje, w przypadku Pragi również. My odwiedziliśmy „U Fleků”i jest to zdecydowanie miejsce warte obejrzenia, ale można tam niepostrzeżenie wydać bardzo sporą kwotę (szczegóły tutaj). Myślę, że większości dzieci będą smakować tradycyjne knedliki, więc można wchodzić w ciemno do każdej czeskiej restauracji. Na naszej liście była też restauracja Vytopna, w której niektóre potrawy i napoje są dowożone kolejką wprost do stolika, więc dla dzieci spora frajda. Niestety nie zdążyliśmy już tam zajść, ale przy następnej wizycie w Pradze obowiązkowo! Poza tym na każdym roku czają się budki ze street foodem, więc zdecydowanie nikt głodny nie będzie, ceny są normalne, moim zdaniem stosunkowo adekwatne do wielkości porcji.

Czy Praga z małymi dziećmi to dobry pomysł? Oczywiście, że tak! Wierzę, że każda wspólna podróż to wspaniałe doświadczenie i choć dzieci może nie będą jej pamiętać tak dobrze, jak dorośli, to i tak warto! Pragę polecam z całego serca, ale zważywszy na długość tras do pokonania, koniecznie z wózkiem lub nosidłem.

Strony, z których korzystałam w ramach przygotowań do wyjazdu:

Złota Praga

Dziecko w podróży

Dziecko w drodze

Pokochaj Czechy

Prague Experience

Lonely Planet

Kids in Prague

 

WAŻNE!

Wyjeżdżając za granicę polecam wyrobić darmową kartę EKUZ oraz wykupić ubezpieczenie turystyczne – koszt to zaledwie kilka złotych za dzień, a lepiej się zabezpieczyć!

 

 

Moje ulubione tanie kosmetyki – cz.1 pielęgnacja

Pewnego pięknego październikowego poranka, trzymając na rękach moją nowo narodzoną córeczkę, uświadomiłam sobie, że oto skończyły się czasy beztroskiego wydawania pieniędzy na bzdury. Dopiero wtedy, mając 27 lat, poczułam się dorosła. Zrozumiałam, że od teraz jestem odpowiedzialna nie tylko za siebie, także finansowo. Że moje nieroztropne zakupy mogą kiedyś odbić się na jej przyszłości. Że muszę zapewnić jej dobry start w przyszłość. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że zostawianie połowy wypłaty w Douglasie już nie wchodzi w grę. Zdecydowałam, że aby osiągnąć nasze finansowe cele, musimy spróbować obniżyć koszty naszego życia. Jednym z pierwszych i oczywistych kroków było podjęcie prób planowania posiłków. Kolejnym ograniczenie wydatków na kosmetyki i ubrania. Z ubraniami bywa różnie, ale w przypadku kosmetyków okazało się to o wiele prostsze, niż wcześniej myślałam. Przekopałam Internet wzdłuż i wszerz, zaczytywałam się w milionach recenzji i rankingów, przetestowałam wszystko na własnej skórze, aż znalazłam produkty, które satysfakcjonują mnie zarówno pod względem działania, dostępności, jak i ceny. Większość z nich dostaniecie w Rossmannie, co jest bardzo fajne, biorąc pod uwagę fakt, że ostatnimi czasy chętnie robią promocje -49% 🙂 Poznajcie moje ulubione tanie kosmetyki – dziś te do pielęgnacji, a w przyszłości do makijażu.

DO TWARZY:

  • i want. Pianka do twarzy (ok. 25 zł) Produkt koreański i jeden z kilku etapów mojej pielęgnacji. Pianka, którą polecam chyba każdemu, kogo spotkam. Nic, absolutnie nic, nie daje efektu tak odświeżonej skóry, jak ta pianka. Skóra jest tak czysta, że aż skrzypi, ale nie jest przesuszona, tylko mocno napięta, rewelacja! Produkty tej marki są chyba dostępne tylko w drogeriach Hebe.
  • Ziaja. Oczyszczanie liście manuka, pasta przeciw zaskórnikom (7,99 zł) Najbardziej gruboziarnisty turbo-peeling, jaki kiedykolwiek miałam na twarzy. Zdecydowanie nie jest odpowiedni dla bardzo wrażliwej skóry, ale dla pozostałych jest świetny.To kolejny produkt, po którym skóra wydaje się być nieskazitelnie czysta i kolejny, w przypadku którego zużyłam już kilka opakowań (albo i kilkanaście, bo używa go też Mój Mąż). W 2014 roku był jednym z Best Beauty Buys magazynu InStyle. I słusznie, jest prawdziwym hitem za śmiesznie niską cenę.
  • Vianek. Nawilżający tonik – mgiełka do twarzy (ok. 18 zł) Moja skóra jest sucha, więc zaraz po wyjściu spod prysznica MUSZĘ nałożyć coś na twarz. Vianek wspaniale nawilża skórę, jest wydajny i pięknie pachnie. Wiele osób zachwala produkty tej marki, więc niebawem planuję przetestować więcej kosmetyków z tej serii.

DO CIAŁA:

  • Bielenda. Vegan friendly, masło do ciała kokosowe (ok. 15 zł) Bardzo przyjemne w użytkowaniu masło do ciała. Zapach kokosa nie jest intensywny (jak dla mnie mógłby być jeszcze mocniejszy!). Warto pamiętać, że jest to masło, a nie balsam, więc konsystencja jest bardzo gęsta, ale ja taką lubię. Muszę mocno nawilżać ciało i ten kosmetyk idealnie się do tego nadaje. Lubię opakowania, z których można wygrzebać produkt do samego dna i tak jest w tym przypadku – nic się nie marnuje! Plus za naturalne składniki.
  • Alterra. Dezodorant w sprayu jojoba i szałwia (ok. 10 zł) Dezodorant, który kupiłam pod wpływem recenzji na którymś blogu prezentującym kosmetyki z dobrym składem. Troszkę powątpiewałam, czy coś tego typu w ogóle będzie działać, ale przetestowałam go podczas największych upałów i naprawdę działa. Ma bardzo świeży, orzeźwiający zapach. To moje największe kosmetyczne zaskoczenie tego lata!
  • Isana. Żele pod prysznic (3,99 zł) Mój ulubiony to ten z kokosem i marakują, ale właściwie każdy żel Isana jest fajny i wspominałam już o nich wielokrotnie. Za śmiesznie niską cenę (w promocjach nawet za 2,99 zł) dostajemy produkt, który fajnie pachnie, dobrze się pieni i no cóż…po prostu myje. Przestawiłam się na nie już kilka lat temu i nie zapowiada się, żebym szukała innych, te odpowiadają mi w 100%. Jeśli jeszcze nigdy nie próbowaliście, to dajcie im szansę podczas następnej wizyty w Rossmannie.

DO WŁOSÓW:

  • Kallos. Szampon z proteinami mleka (poniżej 10 zł za 1000ml) Mój najukochańszy szampon do włosów, a w połączeniu z maską do włosów (która kosztuje ok. 5 zł) duet idealny. Używam ich od lat, robiąc raz na jakiś czas krótkie przerwy na jakiś inny produkt, ale ostatecznie zawsze okazuje się, że w moim przypadku Kallos jest bezkonkurencyjny. Bardzo dobrze nawilża, bosko pachnie, a po umyciu włosów nie ma problemów z rozczesywaniem. Kallos ma też w swojej ofercie wiele innych produktów, które mają różne właściwości i równie pięknie pachną, np. maski miodowe, waniliowe, czekoladowe, arganowe…Generalnie każdy znajdzie coś dla siebie. Warto spróbować! Produkty najczęściej widywałam w drogeriach Hebe i Natura.
  • Isana. Lakier do włosów (6,99 zł) W przypadku tego kosmetyku nie użyję słowa hit, ponieważ nie jest jakoś wybitnie zachwycający, ale jest to produkt z serii „skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać”. Po prostu dorwałam go kiedyś w promocji za 3,99 zł, spróbowałam i okazało się, że nie widzę różnicy w stosunku do lakierów dwa razy droższych. Robię więc sobie małe zapasy podczas promocji i jestem zadowolona. Lakier utrwala fryzurę, a na tym zależy mi najbardziej. Nie wierzę w cuda i nie oczekuję powalającej objętości, więc jest dla mnie bez różnicy, czy kupuję wersję Volume czy może Color Shine. Podsumowując: dobry produkt w dobrej cenie.
  • Batiste. Suchy szampon do włosów (16,99 zł) Wiedziałam, że w moim zestawieniu obowiązkowo znajdzie się jakiś suchy szampon do włosów i szczerze mówiąc byłam pewna, że będzie to Isana (10 zł), ale po licznych testach i namysłach stwierdzam, że Batiste jest lepszy. Fajnie odświeża, ładnie pachnie i mam wrażenie, że pozostawia mniej białego osadu, niż Isana (a wyczesanie go z ciemnych włosów trochę trwa, więc im mniej tym lepiej!). Polecam wszystkim osobom, które czasem potrzebują szybkiego odświeżenia, a nie mają czasu lub możliwości na umycie włosów.

To wszystko! Moje ulubione tanie kosmetyki do pielęgnacji, na które polecam Wam zwrócić uwagę podczas kolejnych zakupów drogeryjnych. Czasem niepotrzebnie trzymamy się swoich starych kosmetyków, zapominając o tym, że na dolnych półkach czają się świetne produkty w bardzo korzystnych cenach! Jeśli więc Waszym celem jest zmniejszenie wydatków na kosmetyki, to polecam przyjrzeć się szczególnie tym marek własnych (Rossmann zdecydowanie wiedzie tu prym).

Jakie tanie kosmetyki możecie polecić? Lubicie testować nowości czy raczej trzymacie się swoich standardowych zestawów? 🙂

 

Moje ulubione gadżety biurowe do organizacji

Kupowanie różnych drobiazgów w sklepie papierniczym jest dla mnie wyjątkowo przyjemnym doznaniem. Z lubością grzebię w stosach zeszytów, długopisów i samoprzylepnych karteczek, w poszukiwaniu tych idealnych. Mój Mąż już tylko kręci głową, gdy wracam do domu z kolejnym gadżetem, ale co ja na to poradzę, że (a) wyglądają super, (b) na pewno KIEDYŚ je wykorzystam, (c) zazwyczaj nie są zbyt kosztowne, więc to takie niewinne hobby…Podobnie sprawa wygląda z wszelkiego rodzaju kalendarzami – nic przecież nie stoi na przeszkodzie, by mieć osobny na każdą dziedzinę życia, prawda? Tak, jestem uzależniona i w tym przypadku nie ma u mnie chyba szans na jakikolwiek minimalizm…Zobaczcie, jakie są moje ulubione gadżety do organizacji, bez których moje życie bez wątpienia byłoby bardziej chaotyczne, a już na pewno zdecydowanie mniej barwne!

  1. ZESZYT(-Y). Zeszyty trochę zastępują mi różnego rodzaju karteczki. Mam dość zamaszysty sposób pisania i bardzo nie lubię mieć mocno ograniczonej przestrzeni na karteczce (#problemy), więc zazwyczaj pod ręką trzymam jakiś większy zeszyt, w którym zapisuję luźne myśli, pomysły, nazwiska, tytuły i generalnie wszystko to, co później mi się przyda. W wolnej chwili przeglądam zeszyt, robię selekcję zapisanych tam informacji i przenoszę je gdzie indziej.
  2. TRELLO. Może nie do końca gadżet, ale nie mogę o nim nie wspomnieć, ponieważ to jest właśnie miejsce, do którego najczęściej wpisuję zeszytowe notatki. Ciężko mi uwierzyć, że podczas zeszłorocznego przeglądu aplikacji do zarządzania czasem i projektami, oceniłam ją raczej nisko. Właściwie chyba  po prostu nie doceniłam. Kilka miesięcy temu trafiłam na ten filmik na You Tube i dopiero, gdy zobaczyłam „na żywo”, jakie możliwości daje Trello, z miejsca się zakochałam i postanowiłam dać tej aplikacji kolejną szansę. W tej chwili zrezygnowałam już całkowicie z Nozbe i Evernote, a wszystkie informacje wrzucam właśnie do Trello i korzystam z niej pewnie kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt razy dziennie.
  3. KALENDARZ 2017/2018. Moja nowość, w której totalnie się zakochałam, bo w końcu znalazłam coś, co jest bliskie perfekcji. Oczywiście nie ma czegoś takiego, jak idealny kalendarz, bo wszyscy mamy różne potrzeby i godziny funkcjonowania. Jedni potrzebują kalendarza dziennego z rozpiską na 24 godziny, innym wystarczy mniej szczegółowy tydzień. Ja jestem w tej drugiej grupie. Miewam zadania, które muszę wykonać konkretnego dnia, ale raczej nie jest ich na tyle dużo, żebym potrzebowała na to aż całej strony w kalendarzu. Lubię widok na tydzień i lubię mieć miejsce na wpisanie zadań, ale bez przydzielania ich do konkretnych dni. Dokładnie tak, jak w moim nowym kalendarzu! Wpisuję tu moje priorytety, daty wyjazdów, rozplanowuję też tu blogowe posty i wszystkie kwestie związane z pracą.
  4. RODZINNY KALENDARZ ŚCIENNY. Wisi w naszej kuchni i to w nim zapisuję najważniejsze daty: urodziny, duże uroczystości i wizyty u lekarza. Lubię to, że każdy członek naszej rodziny ma tu swoją osobną kolumnę – dzięki temu jest bardzo czytelny! Korzystam ze zwykłego kalendarza kupionego w TKMaxx, ale bardzo podobny dostaniecie np. tutaj.
  5. PLANER NAJWAŻNIEJSZEJ RZECZY, czyli „The One Thing” planer od Ogarniam Się. Tutaj zapisuję sobie (jak sama nazwa wskazuje) jedną najważniejszą rzecz do zrobienia w danym dniu, ale zazwyczaj poniżej wypisuję jeszcze inne sprawy, które chciałabym załatwić. Więc właściwie nigdy nie kończy się u mnie na one thing 😉 Wszystko dlatego, że ten planer jest stojący, więc cały czas dokładnie widzę moją listę = nie zapomnę. Szczególnie, że często w ciągu dnia dochodzi wiele drobnych zadań, które do tej pory zapisywałam na małych karteczkach, które następnie zwiewał wiatr/wpadały za kanapę/wpadały w ręce dzieci/nieopatrznie wyrzucałam. Tutaj mam wszystko w jednym miejscu, na widoku.
  6. KARTECZKI SAMOPRZYLEPNE. W różnych kolorach i rozmiarach. Wcześniej wspominałam, że rzadko używam ich do robienia jakichś dłuższych notatek, za to wykorzystuję je w inny sposób! Są moimi zakładkami do książek, zaznaczam nimi ważne fragmenty/cytaty, używam podczas układania naszego menu, a nawet korzystałam z nich przy planowaniu przeprowadzki! Zdecydowanie must have!
  7. TAŚMY DEKORACYJNE. Celowo nie użyłam nazwy washi tape, bo nie wszystkie taśmy to washi. Ja kupuję różne, skupiając się raczej na wzorach, a niekoniecznie na grubości papieru, kryciu itp. Ostatnio moje zapasy bardzo się zmniejszyły, ponieważ pewna dziewczynka postanowiła poobklejać nimi wszystkie krzesła, ściany i malutkich chłopców, więc generalnie mam co nadrabiać. Taśm używam do zaznaczania wyjątkowych wydarzeń w kalendarzu, ale także do dekoracji czy podczas pakowania prezentów.

Jest też kilka gadżetów do organizacji, z których powoli się wycofuję, ponieważ widzę, że nie używam ich aż tak często, jak pierwotnie zakładałam. Są to między innymi cienkopisy w różnych kolorach (docelowo po jednym na każdą kategorię życia, ale jakoś częściej mam pod ręką ołówek czy zwykły długopis), spinacze (mam ich bardzo dużo, ale nie korzystam z nich jakoś wybitnie regularnie) i małe notesiki (jednak są dla mnie za małe, jeden w torebce w zupełności mi wystarcza).

Jakich gadżetów biurowych używacie najczęściej? Co pomaga Wam w organizacji?